piątek, 23 sierpnia 2013

Szczęśliwe Młociny

Jestem już po. Koniec stresów. Wiza będzie. Niedługo!
Chyba czas na dłuższy post, ponieważ wróciłam dzisiaj z Warszawy po niekończącej się podróży. Masa wrażeń, dziwnych akcji i szukania... wszystkiego ;) Jak wspominałam wcześniej, musiałam jechać na spotkanie z konsulem, aby załatwić sobie wizę.
Postanowiłam zabrać siostrę, bo jeszcze w stolicy nie była, a ja także potrzebowałam kogoś, żeby po prostu było mi raźniej i żeby pilnowała mi plecaka przed konsulatem. Tak, żeby pilnowała, bo absolutnie takich rzeczy wnosić nie wolno! Komiczna sytuacja z tym, żeby do niego w ogóle się dostać. Ale od początku... Wyjechałyśmy ze Złotowa o godz. 00:30, o 7:00 byłyśmy na miejscu. Spałam max 2x jakieś 10 min, bo po prostu się nie dało... Autobus skakał jak oszalały, może trzeba było siąść bardziej z przodu, nie wiem... Chciałyśmy spytać się kierowcy, gdzie najlepiej wysiąść, aby być blisko Łazienek (bo są obok konsulatu, a bardziej charakterystyczne), no ale mimo iż było ich dwóch, to żaden się nie orientował ;) Trzeba było zaryzykować, więc WITAJ WARSZAWO CENTRALNA.



Tutaj siostra po raz pierwszy się przydała, bo ma fajną nawigację w telefonie, polecam takie podróżowanie! Do konsulatu były jakieś 3 km pieszo, nie tak daleko i nawet za dużo nie błądziłyśmy. Konsulat dojrzałam z daleka, bo kolejka rzucała się w oczy. Z zewnątrz normalny budynek, ale w środku zaczyna się jazda. Miałam wyznaczoną godzinę 10:00, ale stwierdziłam, że spróbuję dostać się tam wcześniej, bo kolejka sięgała już dosyć daleko. Jak przyszła na mnie kolej to spytałam się miłego pana, który wpuszczał czy mogę wejść wcześniej i powiedział, że i tak wpuszczają jak leci. Dobrze, pomyślałam. Moja siostra chciała poczekać przed budynkiem, ale z plecakami nie pozwolili jej stać nawet na chodniku przed konsulatem. Wiedziałam o tym wcześniej, ale nie chciało mi się wierzyć, niestety... Jeśli nie masz co zrobić z bagażem, możesz zostawić go naprzeciwko, ale za opłatą 10-20 zł.
Siostra poszła zobaczyć sejm i senat, a potem czekała na mnie na ławce kawałek dalej. Wchodząc oddałam zegarek, pasek i papiery (telefonu nawet nie brałam bo i tak by mi zabrali), sprawdzili mnie jakimś żelastwem, obszukali i poszłam dalej. Rzeczy wkładałam do koszyka, było jakieś zamieszanie i nie wiedziałam, że muszę go oddać. Jak ruszyłam z nim szklanym korytarzem to przez mikrofon usłyszałam:
-Proszę Pani, proszę oddać ten koszyk z powrotem!
Głupio mi się zrobiło, no ale pierwszy raz tam byłam to skąd miałam wiedzieć ;) Whatever. Kolejna stacja. Sprawdzanie papierów, naklejanie naklejki na paszport, jaki cel podróży i idź dalej korytarzem w dół na lewo. No to poszłam. Znowu kolejka, do rejestracji. Okienko 5 i 2 w celach podróżniczych, reszta jak leci. Byłam tą resztą jak leci, więc przypadł mi nr 3. Bardzo miły pan, mimo, że dwa razy mnie musiał przepraszać, bo ktoś coś od niego chciał i straciłam przez to kilka miejsc na rozmowę, to bardzo pozytywnie. Czepiał się trochę zdjęcia, ale powiedział, że jakoś mnie przemyci ;) Prawa ręka na pulpit, lewa, kciuki i odciski palców oddane. Nr 075 i czekam w poczekalni. Był akurat nr 033. Poczekalnia obwieszona obrazami Obamy, flaga US i ten denerwujący jazz w tle. Nie mam nic do jazzu, ale to był tylko fragment, który leciał w kółko!
Przyszła kolej na mnie, przypadła mi jakaś pani dla odmiany.
- Dziem dobri, prosze dokumenti.- Już mnie to rozbawiło, ale to były ostatnie słowa po polsku, jakie od niej usłyszałam.
Nie była już taka miła jak pan przy rejestracji, ale zdecydowała się dać mi tą wizę, więc OK. Moja rozmowa była dosyć krótka, zaskoczyło mnie tylko pytanie o prawo amerykańskie, ale czytałam sobie o nim, bo nudziło mi się w poczekalni. Rzuciłam tam coś o tym, że znam nr alarmowy 911 i o to jej chodziło. Znów odciski palców. Życzyłyśmy sobie a nice day i to na tyle.
Bardzo dużo zamieszania z tym całym sprawdzaniem, jakaś szycha z konsulatu podjechała i sprawdzali mu nawet bak na paliwo. Nie każdy też wizę dostaje. Osobiście mijałam zapłakaną dziewczynę pod budynkiem, która była bardzo pewna siebie i stała przede mną w kolejce. Przykre jak ktoś już ma takie plany i nagle nie dostaje tego bądź co bądź śmiesznego papierka...Tyle jeśli chodzi o przygodę z wizą, dostanę ją jakoś może w przyszłym tygodniu, muszę odebrać w Bydgoszczy.
Dalej wycieczka do Łazienek, jakiś film kręcili ;) Stamtąd do Złotych Tarasów na zasłużony obiad. McDonald's ma pyyyyszne lody teraz!

Hard Rock

Łazienki Królewskie

Trochę sztuki haha ;) Przypadkiem wyszło ładne zdjęcie. Enjoy.


 Czekała nas najgorsza część programu, dostać się na Młociny, gdzie odjeżdżał Polski Bus. Szkoda, że to całkiem inna część Warszawy. Metro podobno całe zamknięte, a autobusów i tramwajów po prostu NIE OGARNIAM. Trochę już się wystraszyłam, ale siostra widziałam, że bardziej ;) Postanowiłam jednak ogarnąć i nie odpuścić tego metra. Najbliższy przystanek pod znaną Rotundą i już ją mijałyśmy, więc poszłyśmy. Było koło 15:00, a odjazd o 18:15. Przy wejściu do metra kartka, że metro otwierają 23.08. Byłyśmy 22-ego oczywiście... Na szczęście czytając kartkę do końca można się dowiedzieć, że  metro otwarte jest od stacji Ratusz Arsenał do...


  Młocin! Jesteśmy uratowane! Wysiadając na Młocinach od razu wpada się na przystanek Polskiego Busa, więc to było idealne wyjście.
Fart nam sprzyjał, bo nie mając walizek można zająć w nim lepsze miejscówki i tak też się stało. Siedziałyśmy nad kierowcą z widokiem na drogę ;) Obejrzałam Intouchables (bardzo polecam!) i już byłyśmy w Bydgoszczy. Zaoszczędzone jakieś 40 zł, bo podróż wyszła nas 50 zł za dwie. Tam nocowałyśmy u znajomych babci. Okazało się, że pani D jest bardzo ważną osobą w Bydgoszczy, ale także bardzo życzliwą. Jej mąż również, wspaniali ludzie! Wieczorem oznajmiła nam, że podjedzie po nas rano jej asystentka (heloł) i oprowadzi nas po mieście. Musiała iść jednak do dentysty i nie dała rady, ale i tak bardzo nam się podobało u nich! Rzadko spotyka się tak dobrych ludzi... Jak wstałyśmy czekało na nas śniadanie, a potem pan J odwiózł nas na pociąg i tak oto jestem w domu ;)
Post długi, wiem. Mam nadzieję, że jednak dało się czytać. Next step to do: muszę się wyspać!!!

piątek, 16 sierpnia 2013

Wiza i inne nieszczęścia

Trochę się u mnie pozmieniało. Przede wszystkim wróciłam z Holandii, trochę wcześniej niż planowałam. Skończyła mi się praca, a po za tym przyszły papiery wizowe! Tak, oznacza to, że nie spotkam się z rodziną w Amsterdamie. Była to nasza wspólna decyzja, bo po pierwsze dla mnie byłoby to bardzo nie wygodne (musieli byśmy się spotkać o 7 rano w niedzielę i miałabym problem z transportem), bo oni przyjeżdżają na krótki okres czasu. Po drugie muszę wypełniać papiery wizowe już! Ryzykowałabym wyjeżdżając w przyszłym tygodniu, że nie zdążę. Ale to nic, umówiliśmy się już wszyscy razem na Skype. Podobno dziewczyny nie mogą się mnie już doczekać, to miłe ;)
W następnym tygodniu spotkanie w konsulacie w Warszawie. Muszę przyznać, że lubię naszą stolicę i zawsze chętnie tam wracam. Póki co jestem zasypana papierami, ciężko znaleźć wolne miejsce na moim biurku choćby na kubek herbaty...


środa, 7 sierpnia 2013

No to stało się...

Zdecydowałam się, aby zostać Au Pair in America, ponieważ na chwilę obecną mam pomaturalną rozterkę i nie wiem co mam ze sobą zrobić. No może nie do końca ;) Po prostu nie chcę iść na kierunek studiów, który z pewnością za rok porzucę, bo nie jestem go pewna. Chcę wykorzystać ten rok na przemyślenia, zwiedzanie Stanów i przede wszystkim na naukę języka.
Au pair. USA. Massachusetts. Boston. Powiedziałam sobie, że jak już moja Host Family powie sakramentalne "yes", to w tym momencie zakładam bloga. No i jest. ;) Na razie słabo to ogarniam, z czasem będzie pewnie coraz lepiej, ale na razie napiszę tylko kilka słów...
Rodzina pochodzi z Natick, do Bostonu będę miała 15 min drogi, z resztą będę tam często bywać. Madeleine& Charlotte (11) oraz Jack (13) to dzieci, które będą zdane na mnie :D Pierwsza rodzina, która się mną zainteresowała była spod Atlanty. Rozmawiając z Host Mother czułam się dziwnie, ale jak poznałam Alicię (moja Host Mother z Bostonu), od razu wiedziałam, że to to! Mamy bardzo dużo wspólnego: poczynając od języka francuskiego, gdzie Host Father właściwie wychował się we Francji, kończąc na sporcie. Bardzo ważne było dla mnie, żeby go lubili. Sport to duża część mojego życia, a oni mają dokładnie tak samo! Myślę, że po prostu to się czuje...
Teraz czeka mnie załatwianie wizy, nic ciekawego, więc przez pewien czas mogę nie pisać, ale pewnie podczas pakowania (jak tu się spakować na rok?!), wizyty w ambasadzie, czy spotkania z rodziną w Amsterdamie wrzucę tutaj coś fajnego.
Pewnie się zastanawiacie o co chodzi z Amsterdamem ;) Okazało się, że 18 sierpnia mama z bliźniaczkami przylatują na jeden dzień, jakieś biznesowe sprawy Alicii i bardzo chcą się ze mną zobaczyć. Dziwnym trafem ja akurat mieszkam 40 km od stolicy tego pięknego państwa, jakim jest Holandia.:) Pracuję. Pracuję, żeby mieć na wydatki w tym wielkim świecie. Przysługiwać mi będzie kieszonkowe, ale przezorny zawsze ubezpieczony i pieniędzy nigdy za wiele, chociaż może czasem...? Kiedy się dowiedziałam, że przyjeżdżają, uznałam to za znak, że to moja wymarzona rodzina na rok.
Mam nadzieję, że nie będzie to nudny blog, chciałabym wrzucać tu wszystko co mnie w Stanach zachwyci, zainteresuje, moje przemyślenia, wzloty i upadki, wtopy językowe, poznanych ludzi, miejsca czy relacje z rodziną. Więc jeśli Was to interesuje, wpadajcie ;) Podaję link do programu dla ciekawskich.
Wylatuję już oficjalnie 9 września!