niedziela, 27 października 2013

Blacklight Run

Było suuuuuuuuuuuuuuper!

Muszę powiedzieć, że jestem strasznie zadowolona, że mimo tylu przeszkód udało mi się tam dotrzeć i była świetna zabawa! Wszystko wyszło tak spontanicznie, że czasem nawet nie miałam pojęcia, kiedy to się stało... Po prostu postawiłam sobie coś za cel i to zrobiłam, nie żałuję niczego, nigdy nie żałuję, kiedy przywożę ze sobą tyle wspaniałych wspomnień! Zabawa przednia, tysiące ludzi i nikt nie narzeka na temperaturę prawdopodobnie poniżej zera.
Moją przygodę zaczęłam koło 12:30 PM. Poprosiłam A. żeby zawiozła mnie na stację Riverside, bo stamtąd chciałam dotrzeć do Bostonu, a jest najtańsza. Wokół Bostonu skupiają się kolorowe linie, które prowadzą w różne strony, zmieniając je można dotrzeć prawie w każde miejsce w obrębie miasta. Ja do początku swojej linii z Natick mam jakieś 10-15 min drogi samochodem. Wzięłam więc linię zieloną, przejechałam jakieś 8-10 stacji i w Bostonie zmieniłam swoją linię na niebieską. Po następnych 7 stacjach byłam w Wonderland. Wonderland znajduję się na północnym wschodzie od Bostonu, Natick jest na zachodzie. Dojechałam bez problemu, nie pomyliłam niczego i cała droga zajęła mi mniej jak 1,5 h. Najlepsze jest to, że zapłaciłam za to tylko 5$!
Stamtąd odebrała mnie Fer (miałyśmy ten sam pokój na szkoleniu w NY) i razem pojechałyśmy do North Andover, gdzie miał odbyć się bieg. Trochę nie fair było tylko to, że organizatorzy na początku napisali, że bieg będzie w Bostonie, a po zarejestrowaniu się dostajesz adres i okazuje się, ze musisz jechać jeszcze jakieś 40 mil na północ od Bostonu... Dlatego też tak ciężko było mi znaleźć powrót, bo nie chciałam w nocy tłuc się tym metrem, nie wiadomo co może mnie spotkać. Fer mieszka koło stacji Wonderland a ja po drugiej stronie Bostonu także idealnie byłoby, gdyby bieg odbył się właśnie w Bostonie i tam byśmy się spotkały. Ale trudno, jak pisałam Fer odebrała mnie i razem pojechałyśmy samochodem gubiąc się po drodze niemiłosiernie!
Przed godziną 4:00 PM miałyśmy odebrać nasze pakiety (koszulka, numer, gadżety), a bieg zaczynał się o 6:30 PM. Byłyśmy na czas, jedne z pierwszych, a już przypadły nam numery 4350, 4352 więc wyobraźcie sobie, ile tam było ludzi! Zwarte i gotowe postanowiłyśmy ruszyć na rozgrzewkę.



Wszystko, co zapamiętam z tego biegu:

1. Pełno ludzi, tysiące, tłumy nie kończące się.
2. Nie wiadomo gdzie koniec, gdzie początek biegu.
3. Nie ma zwycięzcy, każdy chcę się tylko dobrze bawić.
4. Kolorowe proszki wchodzące do uszu, ust, nosa, włosów.
5. Kolorowe proszki to jednak najlepsza część zabawy!
6. Ludzie poprzebierani w oczojeb*e stroje, płeć męska w różowych rajstopach to nic niezwykłego.
7. Po co kupować lightsticki jak można je zbierać po ludziach?
8. Trzeba zdecydować, czy chce się biegnąć w świecących okularach i nic nie widzieć, czy jednak biec bez i się nie zabić.
9. Przeraźliwe zimno!!!
10. Afterparty :D
11. Tarzanie się w kolorowych proszkach zawsze spoko.
12. Dostałam pakietem proszku w głowę, jak rzucali je ze sceny.
13. Przepchałam się pod samą scenę!
14. Jedzenie fast foodów po afterparty w samochodzie z Fer.
15. Poznałam na prawdę fajnych ludzi, którzy odwieźli mnie do domu, o czym zaraz.
16. Skakanie, tańczenie, bieganie i wszystko razem!
17. Smarkanie na kolorowoooo
18. Milion zdjęć przed, po, w trakcie, na linii startu, na linii mety, w samochodzie, na zewnątrz- wszystko trzeba uwiecznić.
19. Białe t-shirty świecące pod wpływem lamp.
20. Po powrocie prysznic to konieczność.
21. Nie wiem, czy ubrania i buty się dopiorą i nie dbam o to.
22. Ciężko mi było rozczesać włosy.
23. Najlepsza zabawa i kompletnie nie czułam okropnego zimna przez to wszystko!
 
Dobra, koniec tego biadolenia, myślę, że zdjęcia wyrażą więcej niż 1000 słów.





Przepraszam za jakość zdjęć, na kompie wyglądają o wiele lepiej... Chciałam wstawić film, ale nie wiem jak go ściągnąć z fb więc wklejam link.

Do domu wróciłam z dwoma dziewczynami i chłopakiem. Z jedną z nich umówiłam się wcześniej na fb. Jechali w tą samą stronę i mieli jeszcze miejsce także się załapałam. Odwieźli mnie pod sam dom i Abid czy jak mu tam nie chciał ode mnie nic za to. Powiedzieli, że musimy się kiedyś umówić i wtedy mogę im coś postawić. Tak to ja mogę podróżować :) Bardzo fajni ludzie, nagadaliśmy się po drodze i cieszę się, że na nich trafiłam. Celeste jest z Południowej Afryki, druga dziewczyna, której imienia nie pamiętam jest z Brazylii a chłopak od urodzenia mieszka tutaj, ale chyba ma jakieś korzenie tureckie. Na prawdę w porządku ludzie!
Myślę, że długo będę pamiętać ten wyjazd, bo to są niesamowite wspomnienia!


xoxo,                                

czwartek, 24 października 2013

Zrobiłam pierogi!

Cześć!

Muszę się przecież pochwalić, że ugotowałam coś sama, bo w moim przypadku to rzadkość! Stałam nad nimi jakieś 3h, zrobiłam ponad 50 i wyszły idealnie. Przynajmniej te moje... No bo chciałam zrobić C. przyjemność. Ona we wtorki jako jedyna przyjeżdża ze szkoły o 2:20 PM, a reszta dopiero koło 4:45 PM, więc mamy trochę czasu razem. Tak jak ostatnim razem zrobiłyśmy brownies, tak teraz pierogi. Oczywiście nie z kapustą i grzybami, czy mięsem. Kapusta kiszona tutaj to prawie cud, a mięso nie wiem jak zrobić, także były z twarogiem i ananasem w środku jako wersja słodka. Od razu zaczęło się, że J. nie lubi twarogu i C. zrobiła mu kilka z  purée z ziemniaków. 
Zawsze robiłam pierogi z babcią, zawsze denerwowała się jak robiłam je źle/krzywo/niestarannie. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to tak razi w oczy. Teraz jestem dumna, że babcia mnie tego nauczyła! Nie mogłam patrzeć, serce mi się kroiło kiedy widziałam jak C. je skleja... Niedociśnięte, z dziurami i wyglądające bardziej jak ślimaki i ciągle nie wiem, czemu akurat ślimaki mi to przypomina. Poprawiałam za każdym razem, jak się odwracała, ale ciężko było już później coś z tym zrobić. Jak są dziury i się gotują to oczywiście wszystko wychodzi, więc to bez sensu, bo potem je się samo puste ciasto. Wałka nie znalazłam, to użyłam bidonu :) Robiłam, co mogłam! Sami zobaczcie:


Polska  1:0  USA
 



 C. była tak skupiona, że ledwo się odzywała i oto mi chodziło, żeby ją czymś zająć. Przymykałam z ciężkim sercem oko na te jej pierogi. Moja babcia pewnie dostałaby zawału. Ugotowałyśmy, polałyśmy jogurtem owocowym, posypałyśmy cynamonem i młoda była zachwycona! Kiedy J. wrócił, zrobiłyśmy mu wersję ruską i stwierdził, że dobre. Wieczorem jednak, kiedy R. chciał zrobić je na kolacje powiedział, że były nie dobre i potem wszyscy bali się jeść. Było mi trochę przykro, bo nagle nikt nie lubił twarogu... Nawet nie spróbowali, a mogłam się założyć, że by polubili. Zamroziłam je i pomyślałam, że będą dla mnie 'na zaś'.
Wczoraj niespodziewanie wszyscy twaróg polubili i na kolację zabijali się o moje pierogi. Co prawda R. powiedział mi, że i tak spróbuje jednych i drugich ale mógł je zrobić dzień wcześniej. A tak, przychodzę na kolacje a tu moje pierogi! Nie zrozumiesz Amerykanina.... Moja rozmowa z J. na ten temat utwierdziła mnie w przekonaniu, że rzeczywiście nie rozumiem:
- Hey, you said yesterday you don't like cottage cheese. What happened now?
- Because it's good with pierogi!
- Woow, that's weird I though you just don't like it...
- Oh, Martiiiina, you don't understand! 
Jak na moje, to po prostu głupio było mu przyznać, że miałam rację, ale OK!
Co więcej? Jesień trwa, zrobiło się już trochę zimniej, a słyszałam, że w Polsce na odwrót! Dobrze, cieszcie się ładną pogodą! Wszyscy mi mówią, że tutaj jest taka typowo sroga zimna co 2 lata. Podobno była taka w zeszłym roku, ale nie można tego wykluczyć i tym razem. Codziennie było pytanie, czy dzieci powinny iść do szkoły, czy nie lub czy w ogóle ludzie powinni wychodzić z domów. Ela mówiła mi, że śnieg zakrył jej samochód. Dla mnie bomba! Lubię takie przygody :)
W tę sobotę Blacklight Run, cały czas nie wiem jak stamtąd wrócę, ale coś wymyślę!
Miłego weekendu!



xoxo,                                 

niedziela, 20 października 2013

Najlepszego Izabela!!!

Hej!!!

Z góry przepraszam za prywatę, ale dziś urodziny ma najbardziej zakręcona, szalona, kochana, ciepła, szczera, przyjacielska i wspaniała osoba! Iza, wiesz, że to do Ciebie, chciałam Ci życzyć wszystkiego, czego sobie tylko wymarzysz, nie wszyscy muszą wiedzieć co, dlatego nie piszę :) Wiedz, że nawet kiedy jestem tutaj, to zawsze będziesz moją Radwańską, z którą przegrywam w tenisa, tęsknię za Tobą i naszymi odpałami każdego dnia! Ucz się na tych studiach, życzę Ci powodzenia i nie poddawaj się nigdy, zarażaj swoim ciepłem ludzi tak, jak zawsze to robiłaś i się nie zmieniaj! A teraz masz niecodziennie życzenia, bo zza oceanu- trzymaj się ziomek!!!


To wróćmy do szarej codzienności. Może nie takiej szarej, bo mamy tutaj namnożenie kolorów w ostatnim czasie z powodu jesieni! Muszę to napisać- to najpiękniejsza jesień, jaką w życiu widziałam! Nie wiem, czy jest tak w całych Stanach, pewnie w większości ale R. powiedział mi, że do Massachusetts zjeżdżają się z całego kraju, żeby to zobaczyć. Jest przepięknie, pogoda póki co nas rozpieszcza. Rzadko kto chodzi w kurtce, słońce grzeje i czuję się jakby było lato. Wątpliwości rozwiewa tylko stale zmieniający się kolor drzew. Ciężko mi jest to opisać, to trzeba zobaczyć!
W sobotę wybrałyśmy się na tą wspinaczkę z Elą i dziewczynami. Jechałyśmy tam prosto z meczu, więc nawet nie zdążyły/nie chciały się przebrać. Byłyśmy niby w lesie, niby w górach. Naszym celem było wspiąć się na na jedną z gór i wyglądało to na początku jak zwykły spacerek... nic bardziej mylnego. To tak, jakby wchodzić po stromych schodach przez cały czas. Skały to była nasza ścieżka. Najdziwniejsze było to, że chcąc wejść teoretycznie pod górę, chodziło się raz z górki (bardzo stromej), raz pod górkę. O tyle, o ile schodziłyśmy w dół, było dobrze, ale jak przez jakieś 100 czy 200 m trzeba było się wspinać, to już tak łatwo nie było. W każdym razie dotrwałam do końca, mimo, że dziewczyny narzuciły zabójcze tempo. Przede wszystkim było warto, bo na samym szczycie uraczyły nas piękne widoki, a jednym z nich był Boston!

Na żywo oczywiście wygląda to dużo lepiej, ciężko było to ująć w zdjęciu.














A w niedzielę byłam z J. na jego meczu. Mieliśmy wyjechać o 1:00 PM, a oczywiście póki się ogarnął była 1:30 PM. Już na prawdę nie wiem, ile wcześniej mam mu mówić, że wyjeżdżamy. Zawsze jesteśmy spóźnieni! I na prawdę nie przeze mnie, ja na niego czekam po 15-20, a dzisiaj rekordowo 30 min. Ciągle coś szuka, nie może znaleźć, zapomina, gubi. Nie wiem jak to przyspieszyć, bo ciągle jest coś, czego on nie ma, a potrzebuje. Kiedy dziś dojechaliśmy, nie chciało mi się być tam przez cały mecz, więc pojechałam zobaczyć miasto- Holliston. Za 10 min telefon, że J. zapomniał swojego stroju i albo jest w moim samochodzie, albo w domu. Oczywiście był w domu, więc R. musiał mu przywieźć i takim sposobem mogłam wracać, bo J. i R. wrócili razem. Dobrze, że nie miałam co robić, bo inaczej szkoda by mi było tego dnia. Wieczorem poszłam jeszcze do kościoła i jutro od nowa zaczynam tydzień.
Następny weekend będzie szalony i wciąż myślę, jak to wszystko poukładać... Wish me luck!


xoxo,                               

piątek, 18 października 2013

Żyję sobie powoli

Hej wszystkim!
Kolejny tydzień zleciał. W poniedziałek mieliśmy ten Columbus Day, więc wszystkie dni później bardzo szybko minęły. Jestem szczęściarą, bo nie każdy ma tak, jak ja. Pracuję właściwie 4 dni i 3 dni mam wolne. Zaczynając w poniedziałek, a w czwartek wieczorem już nie muszę pracować. Zawiezienie J. o 6:00 PM na trening jest ostatnią rzeczą, jaką muszę zrobić i tylko czasem potrzebują mnie, żeby go odebrała o 8:00 PM. Zawsze wtedy gonię samochodem, żeby zdążyć na The Vampire Diaries.
W ciągu mojego 'roboczego dnia' też nie mogę narzekać, bo dzieci wracają dopiero o 2:20 PM i nie muszę rano wstawać, żeby im pomóc się ogarnąć. Jak wracają, to robią lekcje, a ja dalej odpoczywam, bo przecież po co mam siedzieć nad nimi i ich pilnować. Są bardzo odpowiedzialni za swoją pracę domową i nie zdarzyło się jeszcze, żebym musiała ich upominać! Mamy umowę, że jak potrzebują pomocy, to mają mnie wołać i w taki sposób nikt nikomu nie przeszkadza. Około 5:00 PM zaczynają się przeróżne zajęcia dodatkowe i wtedy rzeczywiście pracuję, bo każdy musi być wszędzie na czas i odebrany o czas.
Poniedziałek, wtorek i środa to dni, kiedy wracamy często dopiero koło 8:30- 9:00 PM. Ale to tylko 3 dni w tygodniu! Podliczając, moje godziny pracy to nie więcej jak 8h dziennie przez 3 pełne dni i jeden dzień około 5h. Z tego wynika, że ledwo wyrabiam te 30h! A normalny czas pracy to około 45h. Mimo to opróżnię, czy wstawię zmywarkę w piątek, czy sobotę. Pozbieram rzeczy dziewczyn, jeśli leżą pod nogami. Nie mam z tym problemu. Oczywiście to wszystko zależy od rodzin. Jedne dziewczyny pracują mniej (w tym ja), inne więcej, ale wszystkie dostajemy takie samo wynagrodzenie!
Postanowiłam o tym napisać, ponieważ coraz więcej słuchów mnie dochodzi, że dziewczyny zarabiają się po 12h dziennie, weekendy zajęte, nic nie można zaplanować itd. Jestem szczęściarą i wiem o tym. Doceniam, a przynajmniej staram się doceniać to, co mi się przytrafiło! Moja rodzina nie jest idealna, mogłabym znaleźć kilka rzeczy, które mi w nich przeszkadzają/denerwują, ale szanują mnie i ja staram się robić to samo! Bo najważniejsze to żyć w zgodzie i trzymać się razem. Tyle, ile dajesz z siebie, tyle Tobie oddają inni. Nie zawsze, ale często tak jest!
Ponieważ mój weekend zaczął się już wczoraj, Ela (była au pair mojej Host Family) zaprosiła mnie na kolację. Prawdopodobnie już o tym pisałam, ale to było zaraz w pierwszych postach, więc przypomnę. Ela wyjechała do mojej rodzinki, kiedy była w moim wieku. Pochodzi z Gdańska. Od tamtego czasu mieszka tutaj. 10 lat zajmowała się dziećmi, którymi ja zajmuję się teraz. W tej chwili ma chłopaka, mieszka kilka domów dalej ode mnie i nie chce wracać do Polski. Znalazła swoje miejsce na ziemi. Jest bardzo ciepłą i miłą osobą, cały czas zabiera gdzieś dzieci, wpada do nas, mamy kontakt. Także tym razem wyszłyśmy razem na kolację, było bardzo miło porozmawiać z kimś po polsku, nawet z tym jej amerykańskim akcentem. Pokazała mi wiele sklepów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wiem teraz, gdzie rzucać się na przeceny! Najtaniej można ubrać swoje małe dzieci w US. Ubranka po 2-3$ i to całkiem porządne!
Swoją drogą warto wspomnieć o zamerykanizowaniu się. Nie wiem, czy takie słowo w ogóle istnieje, jeśli nie, to właśnie je utworzyłam. Zawsze myślałam, że Polak wracający ze Stanów po kilku latach mówiący z tym amerykańskim akcentem to nic innego, jak popisywanie się, czy po prostu SODA! Trochę zmieniam zdanie na ten temat. Rozmawiając z Elą na prawdę widziałam, że czasami zapominała słów, albo nie wiedziała jak je wypowiedzieć. I to nie specjalnie, tylko po prostu kiedy przebywa się tyle czasu nie używając praktycznie wcale swojego ojczystego języka- zapomina się go. Może to i dziwne, ale tak jest. Osobiście doświadczyłam czegoś podobnego. Może to nie to samo, ale uczyłam się niemieckiego przez jakieś 7 lat. Później w szkole średniej zamieniłam go na francuski i nie praktykowałam niemieckiego wcale. Teraz potrafię się tylko przedstawić i powiedzieć skąd pochodzę. Jeszcze nie mam tego, że polskiego zapominam, ale jestem świadoma tego, że to samo może mi się przytrafić. Najpierw zobaczymy, ile tutaj w ogóle zostanę!
W tym tygodniu jakoś poczułam, że jestem bliżej z dziećmi. Powoli bariera między nami się łamie. Są trochę starsi od dzieci, którymi au pair muszą się zajmować, bo to nastolatki także mam trochę trudniejsze zadanie, żeby zyskać ich zaufanie. Ale powoli wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ostatnio C. wróciła ze szkoły i chciała zrobić brownies. Coś jak u nas murzynek. Ona strasznie lubi pichcić! Zawsze robi to z mamą, a tym razem poprosiła mnie także ucieszyłam się. Oczywiście nie trzeba za dużo przy tym robić, masa jest gotowa i trzeba tylko dorzucić jajka, mleko i coś tam jeszcze. No ale ona była zachwycona, że może zrobić to sama. Wyszło nam idealnie! Zostawiłyśmy kawałek dla J. bo miał wrócić ze szkoły, a my właśnie wyjeżdżałyśmy. C. napisała mu kartkę i mimo, że zjadł jeszcze połowę z lodówki, to musiał napisać, że mu nie smakowało :)


I nasze brownies :)
Jutro jedziemy z dziewczynkami i Elą trochę pochodzić po górach gdzieś niedaleko. Nie wiem gdzie, nie mam pojęcia, ale Ela nas zaprosiła także idziemy. W niedzielę wyjątkowo muszę trochę popracować, bo A. ma jakieś ważne spotkanie, a R. ma z dziewczynami trening (R. jest pomocnikiem trenera w drużynie dziewczyn). Także ja muszę wziąć J. na mecz jakoś w godzinach popołudniowych. Może to i dobrze, bo i tak nie mam planów, muszę oszczędzać :) Kolejne zaproszenie dostałam właśnie przed chwilą od A. Po meczu J. jedziemy na mecz footballu amerykańskiego New England Patriots vs. New York Jets. Niestety tym razem nie uda mi się obejrzeć tego na żywo, bo grają na wyjeździe, ale jedziemy na ich arenę, żeby razem z milionem innych osób obejrzeć to na telebimie. Można wtedy wejść sobie na murawę, wszędzie pełno dobrego, tłustego żarcia i ludzi. Może być całkiem fajnie, może uda mi się zrozumieć reguły. Zobaczymy. A. oczywiście musi tam pracować, maja jakąś imprezę dla 900 przybyłych specjalnych gości, a my wchodzimy za darmo. Jak zwykle.
W tą sobotę miałam iść na Cosmic Run i uwaga- NIE IDĘ! Wyprzedali bilety zanim się zorientowałam! Na szczęście teraz tutaj tego jest pełno i 26 (czyli za tydzień) idę na Blacklight Run! Wszystko podobnie, 5 km do przebiegnięcia/przetańczenia/przejścia/przeczołgania czy co tam chcesz w takiej aranżacji:



Po więcej zdjęć wysyłam tutaj.

I to wszystko właściwie w Halloween. To będzie szalony dzień, bo o 10:00 AM mam ta wycieczkę do Salem, a koło 6:00 PM zaczyna się bieg więc prawdopodobnie nawet nie wrócę do domu. Muszę to jakoś wszystko poukładać :) Idę z koleżanką z pokoju z NY- Fer z Meksyku. Mam nadzieję, że będzie fajnie! Na Halloween nie miałam jakiś wielkich planów, 31 wypada w tym roku w czwartek także nie wiem kiedy dokładnie oni będą to tutaj obchodzić, bo rzadko się w czwartek imprezuje, ale zobaczymy. Moim problemem jest to, że nie jestem tutaj pełnoletnia i mogą mnie nie wpuścić na żadną imprezę, dlatego Blacklight Run jest dla mnie dobrym wyjściem!
Aaa zapomniałabym! Dzisiaj byłam z Aleną na spacerze, zobaczcie jaką mamy piękną jesień!!!





Życzę Wam miłego weekendu!


xoxo,