niedziela, 20 października 2013

Najlepszego Izabela!!!

Hej!!!

Z góry przepraszam za prywatę, ale dziś urodziny ma najbardziej zakręcona, szalona, kochana, ciepła, szczera, przyjacielska i wspaniała osoba! Iza, wiesz, że to do Ciebie, chciałam Ci życzyć wszystkiego, czego sobie tylko wymarzysz, nie wszyscy muszą wiedzieć co, dlatego nie piszę :) Wiedz, że nawet kiedy jestem tutaj, to zawsze będziesz moją Radwańską, z którą przegrywam w tenisa, tęsknię za Tobą i naszymi odpałami każdego dnia! Ucz się na tych studiach, życzę Ci powodzenia i nie poddawaj się nigdy, zarażaj swoim ciepłem ludzi tak, jak zawsze to robiłaś i się nie zmieniaj! A teraz masz niecodziennie życzenia, bo zza oceanu- trzymaj się ziomek!!!


To wróćmy do szarej codzienności. Może nie takiej szarej, bo mamy tutaj namnożenie kolorów w ostatnim czasie z powodu jesieni! Muszę to napisać- to najpiękniejsza jesień, jaką w życiu widziałam! Nie wiem, czy jest tak w całych Stanach, pewnie w większości ale R. powiedział mi, że do Massachusetts zjeżdżają się z całego kraju, żeby to zobaczyć. Jest przepięknie, pogoda póki co nas rozpieszcza. Rzadko kto chodzi w kurtce, słońce grzeje i czuję się jakby było lato. Wątpliwości rozwiewa tylko stale zmieniający się kolor drzew. Ciężko mi jest to opisać, to trzeba zobaczyć!
W sobotę wybrałyśmy się na tą wspinaczkę z Elą i dziewczynami. Jechałyśmy tam prosto z meczu, więc nawet nie zdążyły/nie chciały się przebrać. Byłyśmy niby w lesie, niby w górach. Naszym celem było wspiąć się na na jedną z gór i wyglądało to na początku jak zwykły spacerek... nic bardziej mylnego. To tak, jakby wchodzić po stromych schodach przez cały czas. Skały to była nasza ścieżka. Najdziwniejsze było to, że chcąc wejść teoretycznie pod górę, chodziło się raz z górki (bardzo stromej), raz pod górkę. O tyle, o ile schodziłyśmy w dół, było dobrze, ale jak przez jakieś 100 czy 200 m trzeba było się wspinać, to już tak łatwo nie było. W każdym razie dotrwałam do końca, mimo, że dziewczyny narzuciły zabójcze tempo. Przede wszystkim było warto, bo na samym szczycie uraczyły nas piękne widoki, a jednym z nich był Boston!

Na żywo oczywiście wygląda to dużo lepiej, ciężko było to ująć w zdjęciu.














A w niedzielę byłam z J. na jego meczu. Mieliśmy wyjechać o 1:00 PM, a oczywiście póki się ogarnął była 1:30 PM. Już na prawdę nie wiem, ile wcześniej mam mu mówić, że wyjeżdżamy. Zawsze jesteśmy spóźnieni! I na prawdę nie przeze mnie, ja na niego czekam po 15-20, a dzisiaj rekordowo 30 min. Ciągle coś szuka, nie może znaleźć, zapomina, gubi. Nie wiem jak to przyspieszyć, bo ciągle jest coś, czego on nie ma, a potrzebuje. Kiedy dziś dojechaliśmy, nie chciało mi się być tam przez cały mecz, więc pojechałam zobaczyć miasto- Holliston. Za 10 min telefon, że J. zapomniał swojego stroju i albo jest w moim samochodzie, albo w domu. Oczywiście był w domu, więc R. musiał mu przywieźć i takim sposobem mogłam wracać, bo J. i R. wrócili razem. Dobrze, że nie miałam co robić, bo inaczej szkoda by mi było tego dnia. Wieczorem poszłam jeszcze do kościoła i jutro od nowa zaczynam tydzień.
Następny weekend będzie szalony i wciąż myślę, jak to wszystko poukładać... Wish me luck!


xoxo,                               

2 komentarze:

  1. Moze sprobuj duzo wczesniej mowic zeby wszystko sprawdzil czy ma?
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń