piątek, 18 października 2013

Żyję sobie powoli

Hej wszystkim!
Kolejny tydzień zleciał. W poniedziałek mieliśmy ten Columbus Day, więc wszystkie dni później bardzo szybko minęły. Jestem szczęściarą, bo nie każdy ma tak, jak ja. Pracuję właściwie 4 dni i 3 dni mam wolne. Zaczynając w poniedziałek, a w czwartek wieczorem już nie muszę pracować. Zawiezienie J. o 6:00 PM na trening jest ostatnią rzeczą, jaką muszę zrobić i tylko czasem potrzebują mnie, żeby go odebrała o 8:00 PM. Zawsze wtedy gonię samochodem, żeby zdążyć na The Vampire Diaries.
W ciągu mojego 'roboczego dnia' też nie mogę narzekać, bo dzieci wracają dopiero o 2:20 PM i nie muszę rano wstawać, żeby im pomóc się ogarnąć. Jak wracają, to robią lekcje, a ja dalej odpoczywam, bo przecież po co mam siedzieć nad nimi i ich pilnować. Są bardzo odpowiedzialni za swoją pracę domową i nie zdarzyło się jeszcze, żebym musiała ich upominać! Mamy umowę, że jak potrzebują pomocy, to mają mnie wołać i w taki sposób nikt nikomu nie przeszkadza. Około 5:00 PM zaczynają się przeróżne zajęcia dodatkowe i wtedy rzeczywiście pracuję, bo każdy musi być wszędzie na czas i odebrany o czas.
Poniedziałek, wtorek i środa to dni, kiedy wracamy często dopiero koło 8:30- 9:00 PM. Ale to tylko 3 dni w tygodniu! Podliczając, moje godziny pracy to nie więcej jak 8h dziennie przez 3 pełne dni i jeden dzień około 5h. Z tego wynika, że ledwo wyrabiam te 30h! A normalny czas pracy to około 45h. Mimo to opróżnię, czy wstawię zmywarkę w piątek, czy sobotę. Pozbieram rzeczy dziewczyn, jeśli leżą pod nogami. Nie mam z tym problemu. Oczywiście to wszystko zależy od rodzin. Jedne dziewczyny pracują mniej (w tym ja), inne więcej, ale wszystkie dostajemy takie samo wynagrodzenie!
Postanowiłam o tym napisać, ponieważ coraz więcej słuchów mnie dochodzi, że dziewczyny zarabiają się po 12h dziennie, weekendy zajęte, nic nie można zaplanować itd. Jestem szczęściarą i wiem o tym. Doceniam, a przynajmniej staram się doceniać to, co mi się przytrafiło! Moja rodzina nie jest idealna, mogłabym znaleźć kilka rzeczy, które mi w nich przeszkadzają/denerwują, ale szanują mnie i ja staram się robić to samo! Bo najważniejsze to żyć w zgodzie i trzymać się razem. Tyle, ile dajesz z siebie, tyle Tobie oddają inni. Nie zawsze, ale często tak jest!
Ponieważ mój weekend zaczął się już wczoraj, Ela (była au pair mojej Host Family) zaprosiła mnie na kolację. Prawdopodobnie już o tym pisałam, ale to było zaraz w pierwszych postach, więc przypomnę. Ela wyjechała do mojej rodzinki, kiedy była w moim wieku. Pochodzi z Gdańska. Od tamtego czasu mieszka tutaj. 10 lat zajmowała się dziećmi, którymi ja zajmuję się teraz. W tej chwili ma chłopaka, mieszka kilka domów dalej ode mnie i nie chce wracać do Polski. Znalazła swoje miejsce na ziemi. Jest bardzo ciepłą i miłą osobą, cały czas zabiera gdzieś dzieci, wpada do nas, mamy kontakt. Także tym razem wyszłyśmy razem na kolację, było bardzo miło porozmawiać z kimś po polsku, nawet z tym jej amerykańskim akcentem. Pokazała mi wiele sklepów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wiem teraz, gdzie rzucać się na przeceny! Najtaniej można ubrać swoje małe dzieci w US. Ubranka po 2-3$ i to całkiem porządne!
Swoją drogą warto wspomnieć o zamerykanizowaniu się. Nie wiem, czy takie słowo w ogóle istnieje, jeśli nie, to właśnie je utworzyłam. Zawsze myślałam, że Polak wracający ze Stanów po kilku latach mówiący z tym amerykańskim akcentem to nic innego, jak popisywanie się, czy po prostu SODA! Trochę zmieniam zdanie na ten temat. Rozmawiając z Elą na prawdę widziałam, że czasami zapominała słów, albo nie wiedziała jak je wypowiedzieć. I to nie specjalnie, tylko po prostu kiedy przebywa się tyle czasu nie używając praktycznie wcale swojego ojczystego języka- zapomina się go. Może to i dziwne, ale tak jest. Osobiście doświadczyłam czegoś podobnego. Może to nie to samo, ale uczyłam się niemieckiego przez jakieś 7 lat. Później w szkole średniej zamieniłam go na francuski i nie praktykowałam niemieckiego wcale. Teraz potrafię się tylko przedstawić i powiedzieć skąd pochodzę. Jeszcze nie mam tego, że polskiego zapominam, ale jestem świadoma tego, że to samo może mi się przytrafić. Najpierw zobaczymy, ile tutaj w ogóle zostanę!
W tym tygodniu jakoś poczułam, że jestem bliżej z dziećmi. Powoli bariera między nami się łamie. Są trochę starsi od dzieci, którymi au pair muszą się zajmować, bo to nastolatki także mam trochę trudniejsze zadanie, żeby zyskać ich zaufanie. Ale powoli wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ostatnio C. wróciła ze szkoły i chciała zrobić brownies. Coś jak u nas murzynek. Ona strasznie lubi pichcić! Zawsze robi to z mamą, a tym razem poprosiła mnie także ucieszyłam się. Oczywiście nie trzeba za dużo przy tym robić, masa jest gotowa i trzeba tylko dorzucić jajka, mleko i coś tam jeszcze. No ale ona była zachwycona, że może zrobić to sama. Wyszło nam idealnie! Zostawiłyśmy kawałek dla J. bo miał wrócić ze szkoły, a my właśnie wyjeżdżałyśmy. C. napisała mu kartkę i mimo, że zjadł jeszcze połowę z lodówki, to musiał napisać, że mu nie smakowało :)


I nasze brownies :)
Jutro jedziemy z dziewczynkami i Elą trochę pochodzić po górach gdzieś niedaleko. Nie wiem gdzie, nie mam pojęcia, ale Ela nas zaprosiła także idziemy. W niedzielę wyjątkowo muszę trochę popracować, bo A. ma jakieś ważne spotkanie, a R. ma z dziewczynami trening (R. jest pomocnikiem trenera w drużynie dziewczyn). Także ja muszę wziąć J. na mecz jakoś w godzinach popołudniowych. Może to i dobrze, bo i tak nie mam planów, muszę oszczędzać :) Kolejne zaproszenie dostałam właśnie przed chwilą od A. Po meczu J. jedziemy na mecz footballu amerykańskiego New England Patriots vs. New York Jets. Niestety tym razem nie uda mi się obejrzeć tego na żywo, bo grają na wyjeździe, ale jedziemy na ich arenę, żeby razem z milionem innych osób obejrzeć to na telebimie. Można wtedy wejść sobie na murawę, wszędzie pełno dobrego, tłustego żarcia i ludzi. Może być całkiem fajnie, może uda mi się zrozumieć reguły. Zobaczymy. A. oczywiście musi tam pracować, maja jakąś imprezę dla 900 przybyłych specjalnych gości, a my wchodzimy za darmo. Jak zwykle.
W tą sobotę miałam iść na Cosmic Run i uwaga- NIE IDĘ! Wyprzedali bilety zanim się zorientowałam! Na szczęście teraz tutaj tego jest pełno i 26 (czyli za tydzień) idę na Blacklight Run! Wszystko podobnie, 5 km do przebiegnięcia/przetańczenia/przejścia/przeczołgania czy co tam chcesz w takiej aranżacji:



Po więcej zdjęć wysyłam tutaj.

I to wszystko właściwie w Halloween. To będzie szalony dzień, bo o 10:00 AM mam ta wycieczkę do Salem, a koło 6:00 PM zaczyna się bieg więc prawdopodobnie nawet nie wrócę do domu. Muszę to jakoś wszystko poukładać :) Idę z koleżanką z pokoju z NY- Fer z Meksyku. Mam nadzieję, że będzie fajnie! Na Halloween nie miałam jakiś wielkich planów, 31 wypada w tym roku w czwartek także nie wiem kiedy dokładnie oni będą to tutaj obchodzić, bo rzadko się w czwartek imprezuje, ale zobaczymy. Moim problemem jest to, że nie jestem tutaj pełnoletnia i mogą mnie nie wpuścić na żadną imprezę, dlatego Blacklight Run jest dla mnie dobrym wyjściem!
Aaa zapomniałabym! Dzisiaj byłam z Aleną na spacerze, zobaczcie jaką mamy piękną jesień!!!





Życzę Wam miłego weekendu!


xoxo,                                

2 komentarze:

  1. absolutnie sie z toba zgadzam co do zapominania jezyka polskiego. mam siostre w usa ladnych pare lat ijak rozmawiamy na skypie to nie moze sie wyslowic czasem a ludzie w polsce tego nie rozumieja jak mozna jezyka polskiego zapomniec dla polakow zyjacych w usa juz iles tam lat latwiej bedzie wstawic slowo amerykanskie do polskiego zdania oczywiscie z umiarem ;) ;) a z niemieckim mam tak samo uczylam sie 9 lat i niewiele mi zostalo z niego w pamieci ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale sliczne zdjecia :) Wymarzona jesien :)
    Ja angielskiego ucze sie 12 lat i to moj ulubiony jezyk obcy <3 niemieckiego uczylam sie 7 lat i tez niewiele mi z niego pozostalo xD

    OdpowiedzUsuń