wtorek, 8 października 2013

To już miesiąc!

Bonjour!

Po pierwsze strasznie przepraszam za to, że zaniedbałam bloga przez ostatni czas. Kiedy miałam czas coś napisać to nie było o czym, a jak się zaczęło coś dziać, to wtedy nie miałam kiedy o tym naskrobać i tak wszystko się skumulowało... W każdym razie minął miesiąc od kiedy przebywam na amerykańskiej ziem! 09/09/2013 wyruszyłam za ocean i próbuję tutaj jakoś żyć :)
Raz mi lepiej, raz gorzej, czasem mam tego 'doła', kiedy myślę sobie: "co ja właściwie tutaj robię?" ale muszę powiedzieć, że z dnia na dzień coraz bardziej przyzwyczajam się do tego wszystkiego. Stałam się nagle taka samodzielna, bo musiałam, nie miałam innego wyjścia. Muszę iść na pocztę, do banku, na stację benzynową, zrobić jakieś zakupy, dotrzeć w miejsce, które wskazuje mój crazy GPS, bo baaaardzo często się myli, dowiedzieć się czy to mój pociąg właśnie nadjeżdża, za ile to, za ile tamto, zrobić jakiś obiad, wpłacić pieniądze na konto, wypłacić je, odbierać telefony w domu (nawet jeśli to 4458634209 reklama nagrana i lecąca w kółko), załatwić sobie szkołę czy ubezpieczenie. I wszystko wydaje się takie naturalne, przecież w Polsce jest tak samo, z jednym wyjątkiem- to musi być w języku angielskim.
Też frustrujące jest to, że chcąc chociażby zamówić sobie coś w dowolnej knajpie pytają Cię o milion różnych rzeczy, dodatków bez których by się przeżyło i których wymyślne nazwy są oczywiście powtarzane Tobie tym amerykańskim slangiem i pytasz się ciągle, które co znaczy, bo skąd masz wiedzieć. Czy nie wystarczyłoby: "chcę tą pizze albo tamtą, to wszystko, nara nie mów do mnie więcej, bo i tak nie odróżniam tego, co mówisz od alfabetu morsa"? Dobra, może trochę przesadzam, ale czuję się głupio, kiedy nie wiem co się do mnie mówi, a od tego zależy, czy ta pizza będzie mi smakować, czy nie. Żeby chociaż te nazwy cokolwiek mówiły i OK. Never mind.
Także w poprzednim tygodniu pracowałam jak zwykle, bez szału. A, z wyjątkiem jednego. Prawie miałam swój pierwszy wypadek tym wielkim czymś! W miejscu, w którym jestem średnio 3x w tygodniu, bo to droga ze szkoły. Straszne miejsce, ludzie ciągle się denerwują, że nie ma tam świateł i może dlatego są tacy agresywni, jak to A. powiedziała. Chodzi o to, że wyjeżdżając ze szkoły, próbujesz włączyć się do ruchu. Z prawej i z lewej sznurkiem jadą samochody i mega ciężko jest się wbić. Czasem ktoś z prawej pozwoli Ci wjechać, ale w tym samym czasie ten z prawej NIE. No i ja tak miałam. Już ruszyłam, bo akurat z lewej skręcał to sobie pomyślałam: that's your time! W tym samym czasie pan, który był następny za panem skręcającym trochę przygrzał i gdybyśmy w porę nie zahamowali, to bez stłuczki by się nie obyło. Na milimetry. Powiedziałam oczywiście o wszystkim A. choć trochę się bałam, ale jechałam wtedy z J. więc pewnie i tak by powiedział więc wolałam być tą pierwszą. Jej reakcja mnie trochę zaskoczyła, bo nie miała do mnie pretensji, ani nic. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo w sumie nawet nie byłam pewna czy to moja wina... Ona natomiast powiedziała, że już tam więcej nie wrócę jeśli nie czuję się komfortowo z tym i znajdzie mi inną drogę ze szkoły, choćbym miała godzinę z niej wracać. Ważne żebyśmy byli bezpieczni. Dodało mi to trochę skrzydeł, bo szczerze to przejęłam się trochę ta całą 'prawie stłuczką'. Pierwsze koty za płoty.
Na weekend nie miałam żadnych planów, zero. Poniekąd się cieszyłam, bo chciało mi się już trochę odpocząć i udało mi się, ale tylko w piątek. Pograłam trochę z dziewczynami w siatkę. Muszę to nagrać, bo wygląda to komicznie, one nigdy nie grały i to się rzuca w oczy. Normalnie jakby nigdy piłki w ręku nie miały. Jak chcę je nauczyć, to długa droga przede mną... W ogóle fajna historia z tą siatkówką, bo jak siedziałam z C. w domu, to spytała się mnie, czy chcę z nią rozłożyć siatkę. Poszłyśmy więc i wtedy zapytałam ja, czy kiedykolwiek grały. Stwierdziła, że nie i zaczęłam się zastanawiać po co im właściwie siatka i nowa piłka, którą zdążyłam zauważyć, bo tanie to nie jest. No więc powiedziała mi, że kupili to specjalnie dla mnie, bo wiedzieli, że lubię <3 Miło mi się zrobiło, nie powiem!
Piątek jakoś tak zleciał i ponieważ nie miałam planów na sobotę, to A. zaproponowała żebym poszła na mecz dziewczyn w piłkę nożną. Poszłam i w tym czasie zadzwoniła do mnie Andrea- au pair z Niemiec z propozycją wyjazdu do Bostonu, bo dużo się dzieje, jest Octoberfest i jakiś tam jeszcze festiwal także nie będziemy się nudzić. Pomyślałam sobie, że w sumie czemu nie i tak o to tradycji stało się zadość, że w Bostonie jestem co weekend. Wszystko działo się w centrum, popróbowałyśmy różnego jedzenia za free, pospacerowałyśmy, ktoś tam śpiewał, ktoś grał, całkiem sympatycznie. Później jeszcze odwiedziłyśmy Forever 21 (sklep ze szmatkami) ale nic nie kupiłam, jakiś tam obiad i smoothie przy głównej ulicy, gdzie było pełno ludzi! Obok przy kawiarni stał fortepian z napisem: Play me, I'm yours! Siedzimy i siedzimy, aż w końcu znaleźli się dwaj odważni i zagrali kilka piosenek na cztery ręce! Jakiś tam fragment udało mi się nagrać :)





Byłam też w miejscu, gdzie dokładnie był atak na maratonie bostońskim. Cały płot we wstążkach z napisami:  
We love U Boston. Piękny gest.



Imiona, nazwiska i czasy zawodników maratonu.

Wróciłyśmy wieczorem, ale postanowiłyśmy jeszcze pójść do kina także byłam w domu koło 10 PM. Trailer DON JOHN wyglądał dość zabawnie, myślałyśmy, że to jakaś komedia ale okazało się to trochę film porno także uprzedzam jakby ktoś chciał się wybrać. Nie sugerujcie się zwiastunem! Zostałyśmy już, bo i tak zapłaciłyśmy i cała fabuła ogólnie była znośna już nie mówiąc po prostu o tej całej otoczce, ale jedna mama z dzieckiem zmuszona była wyjść także... no współczuję.
Andrea mimo, że Niemka i byłam do niej trochę uprzedzona, to okazała się bardzo fajną osobą. Mamy dużo wspólnego, chodzimy teraz razem do YMCA także jest OK. Jest już tutaj 7 miesięcy, więc jak czegoś nie jestem pewna lub coś chcę wiedzieć, to mam informatora :)
W niedzielę po raz pierwszy wybrałam się do kościoła. Katolickiego oczywiście. Cały sens, przesłanie, przebieg mszy podobny. Zwyczaje jakże inne. Podczas naszego: "przekażcie sobie znak pokoju", rodziny (które zawsze siedzą razem!) ściskają się i całują, a wszyscy, którzy znajdują się w promieniu metra od nich odwracają się, ściskają dłonie z uśmiechem na ustach mówiąc:
-Nice to meet you!
O ile w Polsce do ewentualnych żartów w trakcie kazania lub na koniec mszy przywykłam, tak tutaj są one cały czas. Nawet w trakcie tych wszystkich regułek, które ksiądz wypowiada, nie omieszka sobie zażartować. To bardzo rozluźnia i jednoczy, tak przynajmniej ja się poczułam. Klaskanie jak najbardziej też, każdy ma przed sobą w ławce jakieś 4 różne książki, można śledzić po kolei to, co mówią, numer pieśni podany przez mikrofon, nawet są nuty. Praktycznie, na temat, szybko? Normalnie. Co mnie najbardziej ujęło, to osoba księdza. Wchodząc, (bo księża z ministrantami wchodzą głównymi drzwiami i przechodzą przez cały kościół jak na ślubie) ksiądz do wszystkich się uśmiechał, tutaj dziecko potarmosił po głowie, tam zapytał starszą panią jak się czuje, tutaj zapytał mamę co się stało jej dziecku, bo oko miał zaklejone i tak dalej... Wszystkich znał! Z wyjątkiem mnie :) Na koniec, kiedy wychodziliśmy, dwóch księży, którzy odprawiali mszę ustawili się przy wyjściu głównym i każdemu podawali ręce, aby się pożegnać. Bardzo miłe! Muszę znaleźć więcej czasu, żeby chociaż w tą niedzielę tam zajrzeć. Jestem wierzącą osobą, z praktykowaniem jest różnie, jak czas pozwoli, jak się chce... Niestety, ale taka jest prawda. Natomiast muszę się przyznać do tego, że od kiedy tutaj jestem, to zaczęło mi tego po prostu brakować. Po pewnym czasie poczułam taką pustkę, że czegoś mi brakuje i kiedy poszłam do kościoła, to jakoś poczułam się lepiej.
Zaraz po kościele Andrea znów się odezwała, czy nie chcę czasem jechać na spotkanie naszych sąsiednich au pair, tak po prostu się przyłączyć. Nie wiem, czy o tym pisałam, ale au pair podzielone są po około 25 dziewczyn z tego samego okręgu, mają swoja opiekunkę do której mogą się ze wszystkim zwrócić i mają comiesięczne spotkania. Miały iść na kręgle, jak się potem okazało, pojechałyśmy na farmę, żeby zbierać jabłka <; Amerykanie strasznie się tym ekscytują. To, że mogą zjeść jabłko, które przed chwilą zerwali z drzewa jest jakimś cudem. Całymi rodzinami się pakują do samochodów i jadą na takie farmy. Chyba by musieli przyjechać do mnie, bo mam te drzewa na ogrodzie. W wielkiej szopie był sklep, można było kupić jabłka, ciasta z jabłkami, miód i takie tam inne pierdoły. Na zewnątrz kapela w składzie perkusja, trąbka, klarnet i puzon, średnia wieku 90 lat i wszyscy dobrze się bawili :)




Tak czy inaczej padało strasznie, błoto po kostki, więc nikomu się nie chciało tego robić. Opiekunka tych au pairek kupiła pączki i typowy sok jabłkowy, którym wszyscy się rozkoszują, pogadałyśmy sobie, mają w grupie dwóch chłopaków, za dużo Niemek i ogólnie fajnie spędziliśmy czas. Później wybrałyśmy się jeszcze z dwoma dziewczynami coś zjeść i na moje najlepsze lody w życiu. Tak oto weekend mi zleciał :)

Moja ulubiona kawiarnia od dziś.

Jutro mam swoje spotkanie au pairek w mieście Acton. Jakieś 45 min drogi. Ponieważ Halloween zbliża się już pełną parą, będziemy robić dynie. Może być całkiem fajnie i w końcu będę miała okazję poznać resztę dziewczyn. 26 października z kolei mamy wyjazd do Salem. Miasto czarownic, podobno straszne, podobno je tam palono i podobno czeka nas trochę niespodzianek. Tłumy są tam na Halloween. Dziś jak byłam w sklepie to zauważyłam, że są osobne działy na te wszystkie bajery do świętowania, szaleją tu na tym punkcie i w sumie ja też już nie mogę się doczekać!
Nie żebym szukała sobie kogoś, ale bardzo popularny jest tutaj ostatnio taki portal randkowy :) Andrea mi pokazała. Pamiętacie tą dziewczynę o której pisałam wcześniej, że wyszła za mąż 'dla green card'? Właśnie tutaj poznała swojego męża! Zarejestrowałam się, bo dziewczyny mi mówiły, że dużo śmiechu z tego, jak chcę się z kimś spotkać to mogę, jak nie to nie muszę, możemy pisać, możemy się gdzieś zaprosić, mogę wyszukać osobę dokładnie taką jak chcę poprzez wybieranie preferencji, wybieram jak daleko chcę szukać, ogólnie sposób na nudę. Wczoraj jedna wiadomość mnie po prostu zabiła, tak mi się chciało śmiać z tego, a chłopak był serio poważny na ten temat. Sami zobaczcie:

"warszawo walcz! i think that's how it's spelled... sorry for leaving you guys to fight alone in wwii"

Trochę pogadaliśmy o wojnie, powiedział mi, że jest nudny, bo lubi wyrabiać rzeczy z metalu, nie przepada za imprezami i jestem fajną dziewczyną :D Także jak mówiłam, ubaw po pachy.
Zaczęłam też wypełniać sobie jakoś moje poranki. Ćwiczę na YMCA lub z Chodakowską, biegam, pranie i resztę rzeczy w domu opanowałam niemal do perfekcji także zajmuje mi to coraz mniej czasu. Wszystko zmierza ku dobremu, mam nadzieję, że nic się nie zmieni. Pozostaje mi tutaj żyć przez kolejne 11 miesięcy z nadzieję, że mój angielski będzie lepszy z dnia na dzień. 


xoxo,                          

2 komentarze:

  1. Ja caly czas trzymam kciuki za Ciebie <3333

    OdpowiedzUsuń
  2. Tęsknię za jabłkami z Twojego ogrodu :D -Radwańska

    OdpowiedzUsuń