poniedziałek, 9 grudnia 2013

Football game and 3rd month here

Hi from America!

Trochę się u mnie ostatnio dzieje i widzę, że częstotliwość pisania przeze mnie notek spadła do... zera. Staram się nad tym pracować, ale przez cały tydzień trzeba zajmować się dziećmi, z którymi ostatnio bywa różnie, a kiedy przychodzi weekend to staram się wykorzystać go do maximum. I mija mi tak szybko, że nawet nie zdążę odpocząć, a co dopiero napisać notkę... Ciągle jednak słyszę pytania, kiedy wrzucę coś nowego i tylko dzięki Wam coś tutaj się pojawia. Cieszę się, że czytacie, bo jak Wy czytacie, to mi się chcę pisać :)
Minęły mi właśnie 3 miesiące w Stanach, więc przydałoby się i trochę refleksji. Ale muszę powiedzieć, że żadne refleksje mnie nie dopadły, życie się toczy, właściwie nic się nie zmienia. Kocham to miejsce z każdym dniem coraz bardziej, boję się, że pewnego dnia nie będę chciała go opuszczać. Do tego jeszcze jednak daleko, na razie żyję chwilą.
Wiem też, że przyszedł czas na wybór jakiejś uczelni. Nie chciałam niczego zaczynać przed Nowym Rokiem, bo większość kursów była już wtedy w połowie i miałbym tyły. A teraz poważnie zaczęłam zastanawiać się nad Harvardem. Wiem, że czekałaby mnie ogromna praca, ogromne koszta i wyrzeczenia, ale muszę też pomyśleć o swojej przyszłości i 3 miesięczny kurs w Harvard Extension School byłby dla mnie wspaniałym startem w dorosłym życiu. Niczego jeszcze nie postanowiłam, cały czas o tym rozmyślam, ale decyzję już właściwie musiałabym podjąć, więc niedługo dam Wam znać co postanowiłam.
Tym czasem weekend był dla mnie bardzo życzliwy. W piątek miałyśmy z dziewczynami świąteczny cluster meeting. Były prezenty, każdy musiał przynieść coś dobrego do jedzenia (moje ciasto nie do końca mi wyszło :P) i miałam okazję spędzić z nimi trochę czasu. Święta zaczynają się już u nas na dobre, nawet śnieg zawitał. Oczywiście w tym roku będzie mi inaczej bez mojej prawdziwej rodziny ale jakoś przetrwam i mam nadzieję, że oni też :)
W sobotę miałam swój polski dzień z Agnieszką, o której istnieniu dowiedziałam się niedawno. Dobrze jest mieć jakąś Polkę niedaleko (i która jest normalna!) kiedy już kompletnie straciłam na to nadzieję i w sumie bardzo zaprzyjaźniłam się z dziewczynami z reszty świata. Pojechałyśmy do Bostonu załatwić 'świąteczne sprawy', po czym odwiedziłyśmy Cafe Polonia, gdzie jedzenie jest iście rodem z Polski! Na prawdę muszę to powiedzieć, że nie masz bladego pojęcia, że jesteś w USA, kiedy jesteś tam! Miło mi się na sercu zrobiło, tak domowo! Podaję adres dla Polaków (lub nawet nie), jeśli mieszkacie w okolicach Bostonu i jeszcze tam nie byliście, po prostu trzeba to miejsce odwiedzić: 611 Dorchester Ave, Boston. Pani kelnerka też jest z Polski i bardzo miła :) Zamówiłam sobie "polski przysmak" i na moim talerzu pojawiło się wszystkiego po trochu: gołąbek, bigos, kiełbasa i pierogi <3



Wiem, że dla Was wygląda to zwyczajnie, ale ja byłam w siódmym niebie mogąc to zjeść.
Odwiedziłyśmy jeszcze Museum of Science, ale gapy z nas, bo o 5:00 pm zamykali, a my przyszłyśmy o 4:00 pm i skasowałyśmy za szybko bilety. Można tam siedzieć cały dzień, więc godzina to nie jest wystarczający czas, żeby wszystko zobaczyć. Ja już tam byłam, ale Aga nie więc chciałam żebyśmy zostały dłużej no ale cóż... Dobrze, że bilety miałam za darmo :)

Wspominałam Wam wcześniej, że na niedzielę dostałam też 4 extra bilety na mecz footballu.

 New England Patriots vs. Cleveland Browns

Mój pierwszy mecz!!! Do teraz dokładnie pojęcia nie mam o zasadach, bo są strasznie skomplikowane, ale widowisko było świetne! Mam nadzieję, że z czasem załapie, o co tam chodzi. Pojechałyśmy już koło 11:00 am: Agnieszka, Andrea , Bennny (nowa au pair z Włoch) i ja. Ubrane w bluzy, kurtki, rajstopy, rękawiczki, czapki, szaliki, kaptury i wszystko co pod ręką, bo było straaaaaaasznie zimno! Moja hostka uprzedzała mnie o tym i wierzyłam jej, ale tam było po prostu niemożliwie zimno! Mimo wszystko z uśmiechem na buzi popędziłyśmy na Gillette Stadium.

 Andrea (Niemcy), Benny (Włochy) i ja z Agnieszką

Po drodze prawie zgubiłam mój bilet wart $$$ i jeszcze dziewczyny musiały się wrócić do samochodu (a to był kawałek), żeby zostawić torebki, bo nie można ich wnosić na murawę o czym pojęcia żadna z nas nie miała, bo skąd. Mimo to wiele nie straciły z początku, mecz dłużył się niemiłosiernie, nie wiem ile razy chciałam już się zwijać do samochodu, bo po prostu nie czułam żadnej kończyny z zimna, ale teraz z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna i strasznie szczęśliwa jednocześnie, że wytrwałam do końca!!! 
Koniec meczu to było coś pięknego. Patriots przegrywali przez cały mecz jakimiś 10-oma punktami i już na prawdę szansę na to, że wygrają były prawie zerowe. Większość ludzi już dawno wyszła przed końcem meczu. Nikt już nie wierzył w to, że oni mogą chociaż dogonić Browns. A tutaj taka niespodzianka! Nie dość, że dogonili, to jeszcze wygrali! Na stadionie była tak ogromna wrzawa, nigdy czegoś takiego nie widziałam. Ludzie się ściskali, znali się, czy się nie znali- nie ważne! Poznałam tyle bezinteresownych ludzi, pan siedzący przed nami użyczył nam bluzy (nie ważne, że jednej na nas cztery), chłopaki tłumaczyli nam zasady, przybijali piątki po udanej akcji, nic się nie liczyło :) Bawiłam się świetnie, zamarzłam na maxa, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało! Życzę każdemu, by chociaż raz przeżył coś takiego w swoim życiu, bo to jest na prawdę piękne :)
Mam dla Was kolejną ciekawostkę, których ostatnio było mało. Jak się okazuje Polacy są wszędzie, nawet w football umieją grać. Kolejny, a właściwie kolejni polscy zawodnicy:

Rob Gronkowski: urodził się w Stanach, prawdopodobnie po polsku ni w ząb, ale rodzice z Polski, z resztą nazwisko mówi samo za siebie. Uwielbiany w Massachusetts, strasznie sławny. Mogłabym go porównać do Bartosza Kurka w siatkówce: tak jak na meczach RP w siatkówce mężczyzn 99% ludzi chodzi w koszulkach z KUREK na plecach, tak tutaj 99% nosi nazwisko GRONKOWSKI. Teraz możecie sobie wyobrazić jak go tutaj lubią.


 Stephen Gostkowski: sytuacja bliźniacza jak z Gronkowskim, urodzony w Stanach, ale z polskimi korzeniami, mniej znany. Najlepsze jest to, że grają w jednej drużynie! I jakie przystojniaki do tego :D

No dobra, ale pora zarzucić wam zdjęciami i filmami z meczu! 






 Aga zmarzła trochę bardziej niż ja :)














To tyle jeśli chodzi o relacje z tego, co się u mnie dzieje. Prawdopodobnie następna notka dopiero po weekendzie, ale będzie o czym pisać! W końcu wybieram się do NYC. Nareszcie! Każdego dnia w tym tygodniu będę sobie przypominała, po co pracuję, że już w weekend czeka mnie tyle wrażeń i niech to będzie moją motywacją <3 Byle do piątku!!!

xoxo,                                       

1 komentarz:

  1. 1.Harvard-kozak!!! 2.Dobra kurtka i słodkie rękawiczki.zmarznie Ci kciuuuk! 3.Włoszki jednak są bardzo ładne:D 4. Kto ubiera trampki w grudniu ??czyt. Polka:D -Radwańska

    OdpowiedzUsuń