poniedziałek, 30 grudnia 2013

Christmas time

Hi there,

Długo nie pisałam. Kurczę, prawie za każdym razem to piszę. Chciałabym coś z tym zrobić, ale ciężko jest coś obiecać. Niekiedy nie mam czasu, a jak już go mam, to jestem za leniwa :) Przyznaję się. Dostałam wolne teoretycznie od 24 grudnia do 2-3 stycznia, oczywiście święta spędziłam z host rodzina, ale to nie była moja praca tylko dobra wolna. Moja i ich. OK, powinnam Wam coś więcej o tym wspomnieć. Pewnie teraz każda au pair blogerka o tym pisze, w ogóle zauważyłam, że piszemy o tym samym, ale co tam :)
Także było tak:
24 grudnia- skype z moją prawdziwą rodziną i płacz jak nigdy


                 - gotowanie z host rodziną
                 - ubieranie choinki (mieliśmy żywą!)
                 - host rodzina pojechała do teatru, ja zostałam, bo nie miałam jeszcze wszystkich prezentów :P

25 grudnia- otwieranie prezentów (im więcej wcześniej, tym lepiej)

      
                 - wspólne śniadanie (specjał- naleśniki z nutellą)
                 - leniwe popołudnie
                 - wizyta rodziny (im więcej cioć/wujków/kuzynów tym lepiej)
Jestem pewna, że większość świątecznych postów au pair wygląda tak samo, mimo, że inne Stany, wszystko podobnie. Jedynie w Californii dziewczyny napiszą, że śniegu nie miały i że są palmy zamiast choinek. To tyle, ile udało mi się zaobserwować :)
Oczywiście najważniejszy jest indyk, bigosu, czy pierogów nie ma. Muszę powiedzieć, że wolę naszą typową polską wigilię i nawet, jeśli zdecyduję się przedłużyć program- to były ostatnie święta bez MOJEJ rodziny i od razu rezerwuję bilet na przyszłe święta do Polski.
Moja host rodzina starała się strasznie, dostałam od nich mnóstwo wspaniałych prezentów, ale oni nigdy nie będą MOJĄ rodziną i nic tego nie zmieni. To trochę przykre, frustrujące, ale nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Oczywiście świątecznie dekoracje tutaj są piękne, amerykańskie kolędy nie obrzydną mi nigdy, mimo, że są puszczane WSZĘDZIE, ale to nie to. To nie jest Polska, to nie moja wspaniała, rodzinna wigilia z najbliższymi. Tutaj jest to głównie komercja. I przede wszystkim, to nie czas, który mogę spędzić ze swoją rodziną, a o to w tym wszystkim chodzi! 
Trochę smutą poleciało, ale chcę być szczera. Tak, jak mówiłam- ostatni raz!
Poza tym w końcu 21 grudnia widziałam Marcina Gortata. W sumie to nie grał dobrze tego dnia, Wizards wygrali jednak z Celtics, kiedy mało kto się tego spodziewał. Ja oczywiście byłam w siódmym niebie, mogąc przynajmniej go zobaczyć i w ogóle NBA oh i ach. Jedynym, czym się Marcin wyróżniał, to wzrost. Był najwyższy, no i biały :) Tak, czy inaczej ja zawsze z niego byłam, jestem i będę dumna. Każdemu się zdarza gorszy mecz, szkoda, że ja to akurat widziałam, ale i tak go zawsze doceniam i podziwiam!

Nie do końca wiedziałyśmy, komu tego razu kibicować.



Trochę mnie choroba złapała teraz. Smarkam, kicham i leżę w łóżku, żeby do jutra być zdrowa, bo przecież będzie SYLWESTER! Prawdopodobnie jeden, jedyny w USA, a ja jestem chora! Plan jest taki, żeby iść na paradę do Bostonu, zostać do fajerwerków, a potem jakaś domówka. Zobaczymy jak to wyjdzie, miało być Miami, miała być Kanada, ale to wszystko musi poczekać na lepsze ceny i zdrowie :) Tego też Wam wszystkim życzę na Nowy Rok- zdrowia i spełnienia wszystkich marzeń! Jak widać, nawet te najbardziej nierealne czasem się spełniają, więc nie bójcie się im na to pozwalać! Mam nadzieję, że będziecie mieli równie wspaniałego Sylwestra, mimo, że 6h wcześniej :)



xoxo,                                        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz