piątek, 3 stycznia 2014

Sylwester!

Witam!

Pierwszy post w 2014 roku! Nie wiem co napisać... To, co napiszę będzie niejako wróżbą na ten przyszły rok i chciałabym dobrze go zapoczątkować :) Teoretycznie nie wierzę w takie bzdury, ale wolę dmuchać na zimne.

Wypadałoby trochę napisać o tym, jak spędziłam Sylwestra. A muszę powiedzieć, że spędziłam go lepiej, niż się spodziewałam.
Oczywiście choroba mnie dopadła, gardło bolało jak oszalałe a mój katar ciągnął się za mną jak cień... Ledwo widziałam na oczy, na zmianę było mi zimno i ciepło i nie do końca wiedziałam, co się dzieje... No ale nie chciałam przecież spędzić mojego prawdopodobnie jedynego Sylwestra w USA w łóżku! Wykluczyłam tę opcję na początku, powiedziałam sobie, że choćby nie wiem co- w domu nie zostanę. Z drugiej strony trochę się cieszyłam, że nie zdecydowałam się jednak gdzieś wyjechać, bo bardziej bym to przeżywała...nevermind.
Aga odwiedziła mnie jakoś po południu, przywiozła polskiego żarcia (dziękuję!) i od razu poczułam się lepiej :) Wzięłam prysznic, zjadłyśmy w końcu naleśniki i pojechałyśmy. Andrea miała akurat pusty dom, bo jej host rodzina pojechała to drugiego domu na Cape Cod, co jest tutaj wybrzeżem Massachusetts. Także nocleg miałyśmy w pięknym domu po środku niczego. W lesie. A dom jest na prawdę piękny, nie wiem czy wrzucałam tutaj to video, jest jakoś z jesieni. Tak mniej więcej wygląda:


Moja hostka załatwiła nam wejściówki na paradę w Bostonie, program był bardzo szeroki, można było dużo zobaczyć, nie tylko tą paradę. My przyjechałyśmy strasznie późno, większość nas ominęła i było jakieś -50°C. Ale miałyśmy trochę inne plany
Taki jeden bogaty chłopak zaprosił Agę na Sylwestra do swojego apartamentu na szczycie jednego z wieżowców w Bostonie. Oczywiście mogła zaprosić tyle dziewczyn, ile chciała. Trochę to było nieodpowiedzialne, bo nawet go nie znałyśmy, (sama Aga była tylko na jednej jego imprezie- kolega koleżanki i tak to się plecie...) a on takich imprez robi dużo. Nie miałyśmy za bardzo innej alternatywy było straaaasznie zimno, ja chora, tam picie za darmo i jeszcze w takim miejscu więc WHY NOT?! Byłybyśmy głupie nie korzystając! W sumie później się ucieszyłam, bo chłopak okazał się całkiem w porządku, ludzie jacy tam byli, tacy byli :D My się bawiłyśmy w swoim towarzystwie, a kilka fajnych osób też się znalazło. Dziewczyny obiecały mnie upić, co bym zapomniała o chorobie- poniekąd im się udało. Zarzucam trochę zdjęć, które są fatalne, na prawdę ciężko mi znaleźć jakieś ostre, nie wiem jak to się stało :)










Z Jesse- polską Niemką mieszkającą w Stanach :)








Koło północy wyszliśmy wszyscy do centrum, gdzie odbyło się oficjalne COUNTDOWN! Mnóstwo ludzi, znali się, czy się nie znali, to cieszyli się razem z Nowego Roku :) Metro stało się darmowe, więc ruszyliśmy na kolejną imprezę do Cambridge i to już było za dużo. Ktoś zrobił Sylwestra w... no ja bym to nazwała kawalerką, a było w niej jakieś 150 osób! Ścisk, ludzie wszędzie i nawet nie było czym oddychać. Dobrze, że mam takie odpowiedzialne koleżanki, zwinęłyśmy się stamtąd jak najszybciej :) Było już około 2:30 am także ruszyłyśmy do Andrei domu i tam jeszcze miałyśmy 'kolację'. 
Myślałam, że na drugi dzień umrę z powodu choroby, a tutaj się okazało, że jakimś cudem nagle jestem zdrowa. No może nie w 100%, ale czułam się o wiele lepiej, niż dzień wcześniej. Śmiać mi się chciało, że wódka czyni cuda, no ale tak poniekąd się stało :) Byłam w domu w sumie dopiero koło 5:00 pm na drugi dzień, bo wykorzystałyśmy wolny dom Andrei i leniwie oglądałyśmy filmy.
Muszę powiedzieć, że mi się strasznie podobało. Mnóstwo wspomnień, wrażeń i co najważniejsze, spędziłam ten czas z przyjaciółmi. Sylwester inny niż zawsze, trochę szalony i pierwszy mój w USA!

A tak poza tym to przechodzimy teraz małą lawinę śniegu, samochód powoli wymyka się spod kontroli i dzieci nie chodzą do szkoły, bo przecież śnieg spadł i to jest poważny powód. Jeeeju jak by oni zobaczyli, jak to jest w Polsce... Domki na wsi na samym końcu zasypane, drogi (dziesiątej kolejności) nieodśnieżone i nie ma jak się wydostać ale to nie ważne. Dla dzieci to frajda, że można przez zaspy iść do szkoły, ludzie w pociągach czekają godzinami aż tory odśnieżą ale nikt niczego nie odwołuje!!! Wszyscy są w pracy/szkole na czas, bądź nie- ale są. Tutaj tragedia. Szkoła 500m od domu ale przecież autobus nie przejedzie, to nie można się przejść (nie wiem w ogóle po co takim dzieciom autobus). Trzeba odwołać lekcje, bo to jest stan niebezpieczeństwa. No nic, ja tutaj Ameryki zmieniać nie przyjechałam, jak im tak dobrze, niech tak będzie! 

Trzymajcie się!



xoxo,                                   

1 komentarz:

  1. Ja tam bym się nie obraziła gdyby odwoływali nam szkołę z powodu śniegu. Ale czasem naprawdę to by mogli- w grudniu orkan szalał tak, że były wielogodzinne korki, ale oczywiście szkoła i tak była... :(
    szczęśliwego nowego roku :*

    OdpowiedzUsuń