sobota, 22 lutego 2014

Zaległości/Harvard story

Hej,

Dziś zauważyłam, że 3 tygodnie minęły odkąd ostatni raz coś tutaj napisałam. Jedno wielkie PRZEPRASZAM! Muszę przyznać, że trochę leń mnie dopadł, później nie było o czym pisać, a potem Agnieszka zwlekała ze zdjęciami dla mnie (nadal ich nie dostałam), tak to twoja wina! :)
Pół żartem pół serio ale rzeczywiście trochę mnie tutaj nie było, więc zapowiada się długa notka. Harvard zostawię sobie na koniec, na razie z grubsza opowiem Wam, co się u mnie działo.

 ***

News nr 1: w zeszły piątek cała moja rodzina wyjechała do Szwajcarii na narty, bo był to prezent urodzinowy A. Zostałam sama w domu na tydzień. Z jednej strony chciałabym pojechać z nimi, bo w Szwajcarii nigdy nie byłam i to Europa, bliżej domu <3, a z drugiej strasznie się cieszę, że zostałam. W ciągu dwóch tygodni minie mi pół roku w US i na prawdę spędzanie z nimi każdego dnia to czasem za dużo. Będę w połowie drogi, co znaczy, że jeszcze raz tyle czasu z nimi mnie czeka i chyba to był najlepszy moment, żeby od siebie odpocząć. Po drugie nigdy nie próbowałam jeździć na nartach, a oni od zawsze, więc rzucając się w wielkie góry nie potrafiąc nawet ruszyć to nie najlepszy pomysł. Chciałam pojechać gdzieś indziej w tym czasie, ale oczywiście wszyscy znajomi pracują, bo to takie wolne ni stąd ni zowąd. Sama się przecież nie wybiorę i z kasą też cienko. Także korzystam z wolnego mieszkając sama w wielkim i jak to usłyszałam trochę przerażającym domu w USA.
Cały weekend spędziła u mnie Agnieszka, z poniedziałku na wtorek Benny także dopiero środa i czwartek to były dni, w których musiałam zmierzyć się z tym sama :) Szczerze mówiąc potrzebowałam tego, robię co mi się podoba, jem śniadania, obiady i kolacje przed TV, chodzę w piżamie po domu i mam trochę swobody. Nawet zdążyłam już trochę zatęsknić za moją udawaną rodziną, więc na prawdę oceniam moje wolne na wielki plus!
Nie martwię się tym, że właśnie przeleciał mi tydzień z dwóch wolnych tygodni, które przysługują au pair, bo szczerze mówiąc to był już mój trzeci. Mam o tyle dobrze, że rodzina jest bardzo w porządku, jeśli oni maja wolne, to ja też i nie ma tej umowy, że 2 tygodnie i koniec. O wszystkim rozmawiamy, więc jeśli potrzebuję trochę wolnego, to po prostu im mówię i wtedy staramy się jakoś to wszystko pogodzić. Już mam jeden wyjazd w planach, co by sobie zrekompensować długi czas bez wyjeżdżania, ale o tym jak już będę pewna na 100%!

***

News nr 2: KOŃCA ZIMY NIE WIDAĆ. Wiem, że u Was w Polsce już słoneczko, pachnąca trawka, ptaki wróciły z ciepłych krajów i ogólnie taki macie klimat, że wiosna już zagościła- TUTAJ NIE!
Co najmniej dwa razy w tygodniu przechodzimy snowstorm, co dla mnie żadnym sztormem nie jest ale śnieg spada w takich ilościach, że ja nigdy tego w Polsce nie widziałam. Co lepsze, ma być tak do końca marca ;> Zrobiłam sobie korytarz do samochodu łopatą, żebym chociaż mogła się wydostać z domu. Odśnieżarki pracują całą noc, ludzie wieczorami też, żeby na rano każdy mógł iść spokojnie do pracy. Także miło, wiosna potrzebna od zaraz!









News nr 3: byłam na koncercie Lady Antebellum, nie wiedziałam nawet kto to, po tym jak A. dała mi bilety ale pozytywnie mnie zaskoczyli. Śpiewają trochę country, trochę jakby pop. Na prawdę dali wielkie show i podobało mi się! Wzięłam Benny i pojechałyśmy, trochę spóźnione ale na szczęście był support więc oni zaczęli później. Znałam dwie piosenki, ale z tej są sławni: 


video
I w oryginale :)





News nr 4: Dostałam paczkę z Polski!!! Trochę spóźniona świąteczna xD i urodzinowa zarazem, bo urodziny mam w poniedziałek. Chciałam strasznie podziękować mojej rodzince za to, szczególnie kochanej mamusi, która jak zwykle włożyła tam kawałek swojego serca :) Smak Michałków po pół roku nieoceniony! Nawet zupki w proszku smakują, bo nie ma to jak rosół i pomidorowa. Dziękuję!!!



***

Teraz żaden news, ale trochę pozwiedzałam Boston z Agnieszką jakiś czas temu. Już od dawna chciałam się wybrać w jedno miejsce. Bunker Hill Monument, który jest właściwie obeliskiem, coś jak w Waszyngtonie i Boston też ma swój. Nie tak sławny, nie wiem czy różnią się też wysokością, w każdym razie widoki z góry nieziemskie! Żeby Wam zobrazować o czym piszę, wygrzebane w google:


294 schody w górę, żadnej windy. Obelisk znajduje się w dzielnicy Charlestown, podobno najbiedniejszej, a jakże urokliwej! Spacerowałyśmy trochę z Agą, bo i tak trzeba było się tam dostać, to jest trochę na obrzeżach i czułam się jak we Włoszech. Małe, kręte uliczki i kolorowe domki. Na prawdę nie wyglądało to aż tak biednie, może nie trafiłyśmy akurat na najgorsze miejsce, nie wiem... W każdym razie wstęp jest za darmo, no bo i tak trzeba się tam wdrapać samemu także kto by jeszcze za to płacił?! Miałam chyba z 10 przystanków, wykończyło mnie to, serio :) Przy okazji już jakiś czas temu oglądałam bardzo dobry film z Ben'em Affleck'iem i rzecz dzieje się w Bostonie, większość scen jest właśnie w dzielnicy Charlestown, skąd pochodzą główni bohaterzy. Trochę strzelanka, film akcji więc powiedziałabym, że męski ale mi się podobał. Szczególnie jak było się w tych wszystkich miejscach, to później fajnie się to ogląda. W każdym razie polecam! Tytuł: THE TOWN: MIASTO ZŁODZIEI.
Wracając do Bunker Hill Monument, kiedy weszłam na górę byłam trochę zawiedziona, bo są tam cztery malutkie okienka ale widok piękny! Sami zobaczcie:







Wrzucę też trochę z dzielnicy Charlestown. Agnieszka kupiła nowy aparat, jak widać au pair może sobie nazbierać i na takie przyjemności. Trzeba było go wykorzystać, dlatego też tyle czekam na zdjęcia. Dodaję dosłownie kilka moich, a jak jej się przypomni to wtedy wstawię kilka tych 'profesjonalnych' :)









***

News nr 5: Harvard Story. Nie wiem nawet od czego zacząć... Napiszę prosto z mostu, że rzuciłam zajęcia. Składało się na to wiele powodów, rano przebijałam się do Cambridge 2h, wracałam padnięta, a dzieci już wracały ze szkoły, nie wyrabiałam się z obowiązkami w domu, okazało się, że przez moje niedopatrzenie kurs jest 3 miesięczny a nie 1,5 więc tak bym miała przez długi czas, sam kurs bardzo mnie stresował itd. 
Musiałam jasno postawić sobie cele, po co tak na prawdę tutaj przyjechałam. Oczywiście zajęcia na Harvardzie to niepowtarzalna szansa i prestiż, ale trzeba się temu jednak w 100% poświęcić. Jeżdżąc dwa razy w tygodniu było to dla mnie bardzo uciążliwe, więc chciałam zamienić zajęcia na soboty, ale już wszędzie było pełno i nie mogli mnie dopisać. 
Myślałam o tym strasznie długo, czułam się już wykończona psychicznie, nigdy wcześniej nie miałam takiego serca w rozterce :) Zależało mi strasznie, chciałam to zrobić, a z drugiej strony po prostu nie mogłam. Nocne rozmowy z mamą, resztą rodziny, znajomymi i w końcu postanowiłam, że odchodzę. Haczyk był w tym, że miałam czas do piątku (zaczęłam o tym myśleć jakoś w środę), bo wtedy mieli mi oddać 100% pieniędzy, które zapłaciłam z powrotem. 
Przyjechałam tutaj po to, żeby zwiedzać, odkrywać, dobrze się bawić, odpocząć, mieć czas dla siebie, którego tak brakowało mi w liceum, poznawać ludzi i zawierać przyjaźnie. Chciałam poniekąd uciec od nauki, chociaż na rok. A tutaj wpakowałam się w dokładnie odwrotną sytuację. Nigdzie bym nie pojechała, bo szkoła, bo prace domowe, bo obowiązki. I przede wszystkim nie po to zapłaciłam tyle pieniędzy, żeby nie mieć z tego chociaż jakiejś przyjemności i bez nerwów. Gdyby były to soboty- jak najbardziej tak, ale popełniłam błąd myśląc, że mogę to zrobić jeżdżąc dwa razy w tygodniu. Trudno się mówi, widać Harvard nie był mi pisany, staram się już o tym nie myśleć, było i minęło. Wczoraj zapisałam się na kurs w Mass Bay Community College, 10 min drogi ode mnie. Trzy soboty zajęć po jakieś 6h i w pierwszy weekend kwietnia jedziemy na wycieczkę do Washington D.C.! I tak chciałam tam pojechać, dadzą mi 3 kredyty i połowa z głowy :) Co jest super, nie jest to jakoś bardzo drogie (kurs 135$ i wycieczka 330$). Dla porównania Harvard dałby mi 4 kredyty za 3 miesiące jeżdżenia 2x w tygodniu i zapłaciłam 1050$.
Najbardziej ucieszyła mnie jednak reakcja mojej hostki, bo kiedy jej powiedziałam, że rezygnuję i z jakich powodów, wcale nie była zawiedziona czy coś takiego. Jedyne co od niej usłyszałam, to: 'Dziękuję, że nie myślisz tylko o sobie, ale także o nas i o obowiązkach jakie masz tutaj'. Wtedy wiedziałam, że podjęłam dobrą decyzję. Teraz z niecierpliwością czekam na nowy kurs, zaczynam 1 marca i tym razem myślę pozytywnie!

To z grubsza tyle o tym co działo się u mnie. W międzyczasie było Super Bowl, czyli finałowy mecz footbal'u amerykańskiego, co tutaj jest prawie świętem, ale pewnie już o tym słyszeliście, albo czytaliście na innych blogach. W każdym razie mecz z wielką pompą i milionem $$$ za reklamy.
Byłam na urodzinach Benny i wybrałyśmy się na wrotki, ale za bardzo zdjęć nie mam, no może filmik :P

video

video


Typowo amerykańsko się poczułam, świetne miejsce i świetna zabawa! Moja hostka oczywiście dała mi bilety, ale normalnie i tak chodzi się za 9$ z wypożyczeniem, więc nie jest tak źle. Można też wziąć rolki, ale oczywiście chciałam spróbować wrotki i wbrew pozorom nie jest to takie łatwe! :)

W poniedziałek moje urodziny, ale wyprawiam je już dziś, bo jutro wraca rodzina, więc wykorzystam ich nieobecność :P Żarty oczywiście, bo A. sama mi zaproponowała, żebym zrobiłam małą imprezę więc robimy to dziś! Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić, wkrótce napiszę o tym więcej! Jeszcze raz przepraszam za tak długą przerwę, postanawiam się poprawić :)

Trzymajcie się,

xoxo,                                   

5 komentarzy:

  1. To wszystkie najlepszego <3
    Ah, dobrze się czyta nie powiem. Czekałam właśnie na jakąś notkę od Ciebie i proszę, się ukazała wreszcie. 3maj się i naprawdę.. masz cudowną rodzinkę :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszędzie Super Bowl i Super Bowl... ja nie zauważyłam, że to niby jakieś wielkie święto. Pewnie dlatego, że ludzie w Chappaqua nie widzą nic innego poza pieniędzmi i własnym nosem :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty i ta Twoja Chappaqua :P Mówiłam wbijaj do Bostonu!!!!!

    OdpowiedzUsuń