poniedziałek, 23 września 2013

Boston

Zacznę może od początku weekendu. Na piątek umówiłam się z au pair z Brazylii na lunch i zakupy. Spotkałyśmy się jakoś po 11 AM i później pojechałyśmy do Natick Mall. Szukałam sukienek na połowinki dla jednej i drugiej siostry ale oczywiście nic nie znalazłam. Zrobiłam jakieś tam zakupy dla siebie o czym napiszę jak nie będę miała o czym pisać :) Spędziłyśmy razem fajnie czas, później pokazała mi też centrum Natick.
Ciekawa historia, jeśli chodzi o tą dziewczynę. Właściwie to ona jest teraz nianią bo ma już 27 lat i nie może być au pair (26 lat to próg). Po programie bardzo chciała zostać w US, a że miała chłopaka, to zaproponował jej ślub. To był jedyny sposób, aby legalnie mogła tu zostać nawet na zawsze. Pytałam ją czy żałuje, pytałam czy jest szczęśliwa i jest! Ona nie wzięła tego ślubu TYLKO dlatego, że potrzebowała Green Card. Oni się na prawdę kochają. Najlepsze jest to, że jej rodzina nic o tym nie wie. Ona planuje w przyszłym roku jechać do Brazylii i wziąć ten ślub raz jeszcze dla swojej rodziny. Czemu im nie powiedziała? Właśnie dlatego, żeby nie myśleli, że to tylko przez prawo. Podziwiam tak, czy inaczej.
W sobotę rano byłam założyć konto w banku i mam osobistego doradcę w postaci Dylana, który zdecydowanie za dużo mówi ;) Ale bardzo miły i pomocny. Później poszłam z moimi dziewczynami na Natick Day, gdzie było pełno straganów z jedzeniem, maskotkami, grami i różnymi innymi pierdołami. Bardzo fajnie spędziliśmy tam czas, nie mogłam odmówić oczywiście zrobienia sobie tatuażu z nimi. Wciąż go mam, ale podobno 5 dni się potrzyma i zejdzie ;)

Mój jest ten środkowy. Podobno to znaczy odwaga ;)



 Tak mniej więcej wygląda Natick Day.


To teraz niedziela.

B O S T O N. Piękne miejsce.

Na tym właściwie mogłabym zakończyć. Brak mi słów! Cofam to, co powiedziałam o Nowym Jorku. W porównaniu do Bostonu to mnie rozczarował. Może dlatego, że nie widziałam tych najlepszych miejsc przez ten zepsuty autobus :/ Nie wiem, ale Boston jak na pierwsze wrażenie jest o wiele ładniejszy. Moja lista rzeczy, które mnie w Bostonie urzekły:

1. Leży nad piękną rzeką Charles i Oceanem Atlantyckim.
2. Stare i nowe budynki razem tworzą niesamowity obraz miasta.
3. Ludzie są przemili i pomocni.
4. Bardzo dobre oznaczenie, przez co ciężko się zgubić.
5. Wszyscy chodzą w koszulkach lub czapkach Red Sox.
6. Można sobie przejść pieszo mostem do Cambridge.
7. Wiewiórki i kaczki chodzą po mieście.
8. Będąc w centrum, jesteś na trasie maratonu bostońskiego.
9. Jest to miasto portowe, statki, żagle itd. tworzą wspaniały klimat.
10. Zmienność pogody. Rano lało strasznie i nie zapowiadało się nawet na to, że będzie chodź trochę ciepło. Pół godziny później, pogoda jak na Florydzie!

Więc od początku. Jak powiedziałam moim Host Parents, że chcę jechać do Bostonu w ten weekend, A. przywiozła mi z miasta milion map, załatwiła bilety wstępu gdzie tam chce, R. wydrukował mi rozkład pociągów, sprawdził pogodę, dali mi parasolkę, bo miało padać i zaplanowali ze mną całą podróż, pokazali gdzie warto iść. To było na prawdę miłe, do mnie należało tylko tam pojechać :)
Alena (czeszka) jest z Framingham, które leży obok Natick. Ona wsiadła do pociągu we Framingham a ja dołączyłam do niej w moim mieście. Różnią nas jakieś 3 stacje. Alena miała pociąg o 9:50, ja 9 min po niej. O 9:40 dzwoni do mnie:
-Martyna, I can't find any place where I could park my car! I have only 10 minutes!
Od razu pomyślałam: nie zdąży. Już poprzedniego dnia nie mogłam się do niej dodzwonić, czy w ogóle jedziemy. Zostawiłam jej wiadomość na fb, że jeśli nadal chce jechać to pociąg jest o tej i o tej, tylko niech rano da mi znać. Wstałam jakoś po 8 i byłam już pewna, że nigdzie nie jedziemy ale jak wychodziłam z pokoju to usłyszałam telefon. Okazało się, że czekała na mnie żeby pogadać poprzedniego dnia, aż usnęła. Fakt, późno wróciłam. Także szybka akcja żeby się spakować i jazda!
W końcu dała mi znać o 9:55, że jest w pociągu! Zostawiła samochód byle gdzie, zaryzykowała. Napisała sms do swoich Host Parents o tym, co zrobiła a oni odpisali jej:
- Don't care. We can fix it. Have fun!
Także zrobiła, jak kazali. Zdążyłyśmy. W drodze do Bostonu straaaaasznie padało, już myślałam, że tak będzie cały dzień. Natomiast R. powiedział mi, że tak będzie tylko rano i pogoda ma się poprawić, bo przecież sprawdził mi ją ;) Zaufałam więc, ale parasolkę i tak spakowałam. Nie minęło pół godziny i słońce zawitało w Massachusetts na dobre!
Wysiadłyśmy na stacji Back Bay, przygotowałam Wam mapę, żebyście mniej więcej się orientowali ile przeszłyśmy i zwiedziłyśmy. Back Bay Station to czerwone kółko po środku na dole. Możecie powiększyć sobie tę mapę na swoim kompie. Tak jak mówiłam, zamierzam zwiedzać Boston partiami. Pierwsza mapa to cały Boston, kolejna to część, którą zwiedziłyśmy z Aleną.




O 1:35 PM miał się zacząć mecz Red Sox z drużyną z Toronto. Alena jeszcze nie była, a ja miałam bilety od A. więc chciałyśmy pójść. Na mapie to FENWAY PARK całkiem po lewej stronie. Przeszłyśmy więc ze stacji w kierunku zachodnim, aby być blisko miejsca meczu. Po drodze zobaczyłyśmy kawałek miasta, mnie bardzo podobało się miejsce maratonu bostońskiego. Poniżej zdjęcia:





Może to średnio widoczne, ale na kuli ziemskiej są krany, tam gdzie ocean. Fajny bajer. 
Cały świat w moich rękach :D






Ponieważ byłyśmy w pobliżu Fenway Park za wcześnie, postanowiłyśmy przejść się jeszcze trochę na południe i to był strzał w 10, bo znalazłam najpiękniejsze jak na razie miejsce w Bostonie dla mnie. Christian Science Plaza.








Pięknie co? Byłyśmy tam strasznie długo, bo chciałam mieć zdjęcie każdego zakątka tam i w każdej pozie ze mną hahaha ;) Z resztą Alenie też bardzo się podobało. Magiczne miejsce, rewelacyjna pogoda jak widać i jedyne, co chciałam zrobić to tylko siedzieć i podziwiać...
Jak już narobiłyśmy tych zdjęć, zrobiło się trochę późno wiec trzeba było zameldować się na meczu. Właściwie jak byłam pierwszy raz, to nie byłam od początku, bo chcieliśmy uniknąć korków i tłumów. Teraz wiem dlaczego!!! Żeby się dopchać do swojego miejsca, potrzeba strasznie dużo czasu, bo ludzi jest od groma. Miejsc wolnych prawie nie ma, wszyscy poubierani w gadżety Red Sox, każdy chce kupić coś do jedzenia albo znaleźć swoje miejsce... Natomiast opłacało się trochę poprzepychać. Usłyszałam hymn US śpiewany przez jakieś 35 000 amerykanów na żywo!







Mam kolejną ciekawostkę. Zaraz po hymnie, zaprezentowany został zawodnik, przepraszam za to ale zacytuję wikipedię, bo jest mądrzejsza ode mnie i lepiej odda to, co chcę o nim powiedzieć (nie musicie czytać wszystkiego):

"Jest 18-krotnym uczestnikiem Meczu Gwiazd MBL siedmiokrotnym zdobywcą Złotej Rękawicy, członkiem ekskluzywnego Klubu 3000 Uderzeń i pierwszym graczem w klubie, który zaliczył 400 home runów. Jest drugi na liście wszech czasów w liczbie rozegranych meczów i trzeci na liście podejść do uderzeń (at-bats). W klubie Red Sox jest liderem wszech czasów w większości odnotowywanych statystyk. W 1967 będąc u szczytu kariery, poprowadził swój klub do pierwszego od dwóch dekad tytułu mistrzowskiego, a sam zdobył tytuł MVP i był ostatnim jak do tej pory zdobywcą potrójnej korony przez pałkarza w MLB.
Zakończył karierę w 1983 r. w wieku 44 lat. Była to najdłuższa w lidze MLB kariera gracza, który występował nieprzerwanie w jednym klubie. Został wybrany do Baseball Hall of Fame. W 1999 r. został sklasyfikowany na 72. miejscu graczy wszech czasów w plebiscycie Sporting News oraz został finalistą Drużyny Stulecia MLB. W 2007 r. został uhonorowany przez Ligę wykonaniem pierwszego rzutu w sezonie."

Chodzi o to, że to zawodnik stulecia, najlepszy, najzwinniejszy, najszybszy, naj, naj, naj. Amerykanie go ubóstwiają, kochają, szanują. Była straszna wrzawa jak wyszedł! Więc uwaga:


Carl Yastrzemski 

pseudonim: YAZ

 

JEST WŁAŚCIWIE POLAKIEM!

Urodził się w US i tutaj się wychowywał ale jego rodzice to z krwi i kości nasi, Polacy! Tak mi się jakoś cieplutko na serduszku zrobiło, tak rodzinnie ;) Taki pomnik stoi przed Fenway Park:



Ciekawy polski akcent. Ale wracajmy do mojej wycieczki :) Idąc z mapą, po meczu zdecydowałyśmy się odwiedzić Cambridge. Znajduję się tam MIT- Massachusetts Institute of Technology. Można to zrobić na pieszo, jak najbardziej i do tego mieć po drodze takie widoki na moście Harvard:




Dalej kończy się nam mapa, ale idąc ulicą Massachusetts, można dojść do jednego z najstarszych uniwersytetów, jakim jest znany pewnie wszystkim Harvard. Szkoda nam było, że jesteśmy tak blisko i żeby nie zobaczyć. Myślałam, ze to będzie blisko ale pomyliłam się i to bardzo. Szłyśmy i szłyśmy bez końca, cały czas prosto i cały czas tego Harvardu po prostu nie było. Ilekroć pytaliśmy się ludzi, tak samo wszyscy mówili, żeby iść prosto i że to niedaleko. Jak pytasz Amerykanina czy to daleko, zawsze ci powie, że nie. Potem więc już przestałam się pytać o to. Jak już nogi nam wysiadły, to postanowiłyśmy zapytać ostatni raz. I tym razem okazało się, że mamy go już pod nosem. I wiecie co? Po za słynną nazwą i ogromem zajmowanej powierzchni- NIC SPECJALNEGO. Nie powiem, że to czas stracony, bo było fajnie to zobaczyć ale następnym razem zastanowiłabym się, czy poświęcać się aż tak na pieszo, żeby tam być. Prze chwilę się nawet zastanawiałam, czy to na prawdę ten budynek, bo bardzo mnie rozczarował. Przede wszystkim nie ma w ogóle czegoś takiego jak wejście główne, bo jest milion wejść i nie ma tego WOW na pierwszy widok.





Cyknęłam sobie zdjęcie z Jankiem Harvardem, bo jest patronem uczelni. Nie wiem dlaczego wszyscy łapali go za but do zdjęcia, ale zrobiłam tak samo, bo może to przynosi szczęście albo mądrość,
nie wiem... zawsze się przyda ;)
Stałam w kolejce do zdjęcia jakieś 10 min, bo Chińczycy atakowali z każde strony.





Byłyśmy już strasznie padnięte a trzeba było wrócić na stację Back Bay. Na szczęście istnieje coś takiego jak metro. I to z samego Harvardu do Bostonu. 5 stacji w jakieś 10 min i byłyśmy po drugiej stronie Charles River za jedyne 2.50$. Teraz trzeba było tylko dotrzeć na stację i znaleźć pociąg. Jak już jesteśmy przy kosztach, to pociąg do Bostonu i z powrotem wyniósł mnie 14,50$ plus jakieś jedzenie za ok. 15$, więc całkiem tanio jak na tyle wrażeń.
Chciałam jeszcze wspomnieć o mieszkańcach. Ilekroć zatrzymywałyśmy się, aby znaleźć się na mapie i coś postanowić, zawsze znalazł się ktoś, kto chciał nam pomóc. Nawet nie pytałyśmy, było tylko:
- Hi, you need some help?
- Are you looking for Back Bay? I can help you.
- What do you want to visit?
Miałam takie wrażenie, jakby oni byli tak dumni ze swojego miasta, że chcą się nim dzielić, pokazać je wszystkim, pomóc zwiedzać. To było na prawdę wspaniałe. Jedna pani szła z nami jakieś 15 min żeby nam pokazać drogę. Chłopak, który usłyszał jak rozmawiamy o znalezieniu Harvardu sam podszedł i na mapie pokazywał nam gdzie iść mimo, że na prawdę się spieszył. Nawet nie jestem w stanie wymienić wszystkich osób, które nam pomogły, bo było ich za wiele! Jeśli może to kiedyś przeczytacie, ktoś Wam o tym powie, czy nie wiem co- jedno wielkie DZIĘKUJĘ!
Polecam to miasto do zwiedzania z całego serca!!!


PS Pozdrawiam moich kochanych polish friends, ja też miss you, cieszę się, że macie white room i dobrze Wam w Poznań City, bawcie się, uczcie, balujcie i w ogóle YOLO!


                                                                                                                            xoxo,
                    

2 komentarze:

  1. Piękne miasto :3 fajnie, że jest tylu uczynnych ludzi :) choć czasem to niepotrzebne, od razu człowieka i milej na sercu:)
    Wycieczka udana, teraz pora planować kolejne :) - albo wspomnieć po prostu hostom (super, że tak pomagają hehe;)).
    Pozdrawiam,
    K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej super blog! Dodaje Ciebie do listy czytanych/ obserwowanych!

    OdpowiedzUsuń