czwartek, 26 września 2013

Wszystko inne

Cześć Wam!!!

Miałam nie pisać tego posta i w ogóle nie pisać do weekendu, bo w tygodniu próbuję pracować i specjalnie nic się u mnie nie dzieje, ale pomyślałam, że skoro i tak tu zaglądacie (bo zagląda Was coraz więcej i dzięki za to!), to co nieco tu naskrobię.
Trochę z życia wzięte. Cały czas dostrzegam te różnice między Polską, a US. Począwszy od różnicy czasu, której ja osobiście nie odczułam. Mam na myśli ten czas, kiedy przyleciałam do Nowego Jorku i nagle mój dzień stał się o 6h dłuższy niż zwykle. Na prawdę, kiedy przyjechaliśmy do hotelu, to dla mnie nie było różnicy czy jest 6:00 PM, czy 10:00 PM. Ten dzień mógłby dla mnie trwać jeszcze 6h dłużej. Dla przykładu moja koleżanka już chciała iść spać, jak tylko przylecieliśmy, ciągle zmęczona, ciągle ledwo podnosiła powieki, zmarnowana, różnica czasu nie była dla niej miłosierna ;)
Z czym ja mam osobiście problem, no może nie problem, ale nie wiem po co tak utrudniać, to jednostki. Czas, temperatura, droga, waga, odległość... Dla przykładu:

                Polska              US
czas:            24h               12h
temp.                
w stopniach:   Celsjusza       Fahrenheita
droga:           km                mile
objętość:       litr         widziałam uncje!
długość:        m, cm           stopy, cale



Jedzenie. Fast food. Weź z zamrażarki i ugrzej w mikrofali. Sosy, dużo sosów. Meksykańskie dania. Mało pieczywa. Płatki z zimnym mlekiem na śniadanie. Jajecznica na bekonie. Kurczak. Steki. Babeczki. Wszystko co z puszki to szybkie i dobre. Lunch i kolacja. Nie ma obiadu, bo nie ma czasu. Snacks. Orzeszki ziemne. Jogurty. Owoce. Restauracje. Dunkin' Donuts everywhere. Ser, im więcej tym lepiej.
Tak mniej więcej można to streścić. Najbardziej denerwuje mnie to, że nie ma obiadu. Mogłabym pomyśleć, że nie ma, bo nie ma moich Hostów w domu cały dzień i nie ma kto go zrobić. Nic z tych rzeczy. Tak samo było, kiedy byłam w NY, tak samo jest w weekendy, kiedy Hości są w domu. Obiad w Stanach nie istnieje! Jest lunch, który powinien być w godzinach 10:00- 12:00 AM, potem przez cały dzień się dojada na zasadzie krakersów z jogurtem (o którym wcześniej gdzieś wspomniałam), czy innego śmieciowego jedzenia, a później koło godziny 6:00- 8:00 PM kolacja. Nie przyzwyczaję się, to nie zdrowe, cały dzień jest się głodnym (przynajmniej ja, bo oni są przyzwyczajeni i tak im pasuje) i oświadczam, że zacznę sobie normalnie gotować sama! Poparzę ręce, podpalę dom, zepsuję im sprzęt w kuchni, bo mam trzy lewe ręce do gotowania, ale nie mam zamiaru tak żyć. Żołądek sam domaga się czegoś ciepłego po południu, bo to dla niego normalne i zdrowe, więc nie zamierzam go ignorować :) Zaczynam się uczyć, efekty może pojawią się tutaj!
Jeżdżenie. Tak, coraz lepiej. Natomiast cały czas dowiaduję się nowych rzeczy. Wczoraj wracając z korepetycji z Robertem i dziewczynami miałam skręcić w prawo. OK, dojechałam do świateł i właśnie się zatrzymałam, bo miałam czerwone. Za chwilę Robert się odzywa:
-Why you are not going?
Popatrzyłam na niego chyba jak na głupka, przez chwilę pomyślałam, że coś ze mną nie tak i mówię:
-Umm... Because I have red light.
 -It's fine. Go!
No to tak. Wyjaśnił mi oczywiście. Pewnie mówił o tym wcześniej, ale z nadmiaru informacji przez pierwsze dni mój mały móżdżek mógł nie zdążyć tego zarejestrować. Można PRAWIE zawsze jechać w prawo na czerwonym świetle. Jest jeden wyjątek, bardzo prosty. Jeśli przed Tobą przylepiono wielką białą podajże tabliczkę z napisem NO TURN ON RED, to nie można tego zrobić. I wszystko. Poza tym na każdym STOP trzeba się zatrzymać i jest ich o wiele więcej niż w Polsce. Kto pierwszy przy skrzyżowaniu ten jedzie, prawie zawsze jest międzypas, jeśli chcesz skręcić w lewo aby nie blokować pasu na wprost, wszędzie światła i to właściwie dużo ułatwia. Rond nie ma prawie wcale. Widziałam jedynie pod centrum handlowym takie mini rondo i nic więcej, na głównych ulicach to nie istnieje. Czy jest prościej? Zapraszam, aby sprawdzić i ocenić samemu :)
Z takich przydatnych informacji to tyle :) Jutro w planach mam rano jechać do YMCA. To centrum sportowe, które mam za free dzięki mojej Host Family. Dodali mnie jako członka rodziny i wszystko jest opłacone. Basen, siłownia, joga, zumba, boisko do koszykówki/siatkówki/piłki nożnej czy czego tam chce, ping pong- z wszystkiego mogę korzystać. Cieszę się z tego, bo wydałabym fortunę na to, a tak mam chociaż tyle dobrego. Ponieważ to jest we Framingham, później chcę odwiedzić Alenę. W sobotę rano ruszam znów do Bostonu, tym razem chcę zwiedzić tą typowo portową część miasta i znów ma być piękna pogoda! Robert mi dziś powiedział, że chyba ją przywiozłam, bo wcześniej tak nie było :) Tym razem jadę z Polką, Julitą. Spotykamy się w Bostonie, a potem jedziemy do mnie i zostaje u mnie do niedzieli. Mam nadzieję, że spędzimy fajnie razem czas!
Dzieci ostatnio trochę niesforne. Chyba za dużo im pozwalałam, już się przyzwyczaiły do mnie i wiedzą co im wolno, a co nie. Muszę być bardziej konsekwentna ale czasem nie umiem, serce mi pęka jak mam im czegoś zabronić ;) Ostatnio zwinęli mi iPhone i narobili 65782764376 zdjęć. Jack usmarował całą twarz masłem orzechowym, Charlotte robiła dziwaczne miny do zdjęć:





Jak ta dwójka jest razem, to jest koniec. Mam wrażenie, że Madeleine jest trochę spokojniejsza, bardziej ułożona, grzeczna. Proszę ją o coś, nie ma problemu, lekcje odrabia sama z siebie, nie muszę jej o tym przypominać. Jak Charlotte jest tylko ze mną, jest dosyć grzeczna, ale w parze z Jackiem to bywa różnie. Ostatnio musiałam odebrać Madeleine ze szkoły, więc J. i C. musieli zostać sami na jakieś 20 min. Czekam na M. pod szkołą i nagle dostaje telefon od Alicii czy coś się stało, że dzwoniłam do niej na Skype kilka razy i się nie odzywałam. Głupio mi było jakby skarżyć ale od razu się domyśliłam, że dorwali się do mojego komputera, bo zostawiłam go w salonie. Na szczęście moja HM to fajna kobitka i wszystko obróciło się w żart. Co nie znaczy, że pogadanki z mamą nie mieli, ale rozeszło się to bez większych konsekwencji :)

Tyle, ode mnie, czekajcie na kolejna porcję nowości ze zwiedzania Bostonu. Nie mogę się już doczekać, żeby tam pojechać!!!


PS Bym zapomniała. W podobnym czasie do mnie jednemu chłopakowi z Polski udało się wyjechać jako au pair. Jest gdzieś tam pod NY. Fajnie się czyta, jak opisuje swoje relacje z podopiecznym. Ma chłopca do opieki, ma jakieś 7 lat chyba. Nie wiedzieć czemu, nazywa Michała ziemniakiem, więc M. pisze:

  "...a jak mu mówię, że nie chce być ziemniakiem, to mówi ,że mam do wyboru truskawkę... i spytał się mnie jeszcze czy jak polecimy na wakacje, i zgubię (ja) nas w lesie, to czy może mnie zjeść ,żeby przetrwać..."

Hmmm. Chyba nie mam co narzekać na moich rozrabiaków :)
Stay tuned!
xoxo                                     

3 komentarze:

  1. Hejj moglabys podac link do blga tego chlopaka z PL ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Heyy:) ile lat maja "Twoje" dzieci? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anna, nie wiem czy ma bloga, ponieważ to napisał na naszej facebookowej grupie, to nie jest cytat z bloga. "Moje" dzieci to bliźniaczki i maja po 11 lat, Jack ma 13.

    OdpowiedzUsuń